wtorek, 4 grudnia 2012

Niebieskie marzenia (roz. II)



Kolejny rozdział opowiadania, które znaleźć można na:
http://niebieskie-marzenia.blogspot.com, czeka na moją ingerencję. Do dzieła, rodacy!


Niebieskowłosa drgnęła nieznacznie, pospiesznie odwracając się w kierunku, z którego dobiegał głos, a jej ręka zamarła w połowie drogi po kwiat. Zastanawiała się, kto też mógł do niej mówić. Była pewna, że nie jest to ani babcia, ani mama, ich głosy z pewnością by rozpoznała, poza tym aż do tej pory była pewna, że jest w oranżerii sama. Tutaj ostatnie dwa zdania połączyłabym jakoś w całość. Być może nie dlatego, że są niepoprawne, ale dlatego, że są... odrobinę infantylne. To wtrącenie o zastanawianiu się, prawdę mówiąc, jest zbędne, bo logicznym jest, że kiedy szukamy źródła dźwięku automatycznie zastanawiamy się z kim/czym mamy do czynienia i jest to raczej odruch bezwarunkowy.
Osoba, która do niej mówiła, bez wątpienia była młoda, a jej głos był rześki i jakby nieco rozbawiony, i może faktycznie nieco podobny do głosu matki Evelyn, ale pozbawiony nowojorskiego akcentu. W tym zdaniu znajduje się zbyt wiele spójników, co zakłóca płynność czytania. Z całą pewnością była to dziewczyna, może młoda kobieta. Czy młoda kobieta nie jest dziewczyną; i odwrotnie: czy dziewczyna nie jest młodą kobietą? 
Evelyn nie od razu wypatrzyła nieznajomą. Przez dłuższą chwilę błądziła wzrokiem po otoczeniu, aż nagle jej oczom ukazała się dziewczyna, stojąca zaledwie kilka metrów dalej. Na pierwszy rzut oka wydawała się być niewiele starsza od niej. Miała długie, złociste włosy i niepasujące do nich srebrzystoszare oczy, zdumiewająco podobne do oczu babci. Kolejna historia z "niepasującymi do włosów oczami" w roli głównej. Nie pasować może spódnica w czerwoną kratę do zielonego sweterka w różowe groszki. Wystarczyłoby napisać, że np.: oczy dziewczyny kontrastowały z jej kolorem włosów. Ubrana była w schludną granatową szatę, narzuconą na plisowaną spódnicę i szary sweterek. Ok. Niby wszystko cacy, ale słowo "szata" w tym kontekście, to okrycie wierzchnie. Jeżeli coś jest "okryciem wierzchnim", to logicznym jest, że trzeba je "narzucić" na coś. Chyba lepiej byłoby: Ubrana była w schludną granatową szatę, spod której ledwie wystawała plisowana spódnica i szary sweter. Wyglądała całkiem jak młodsza wersja Jeanne Grant, którą dziewczyna pamiętała z kilku starych zdjęć, znalezionych niegdyś w szufladzie w sypialni mamy. Wdarł się tutaj kolokwializm, bo niby co to ma znaczyć "młodsza wersja"? Jeżeli ma to być opowiadanie utrzymane w poważniejszym tonie - takich określeń radziłabym unikać. Poza tym zdanie jest zdecydowanie za długie i w połowie umyka jego sens, nie mówiąc już o uroku.
Nieznajoma przyglądała się Evelyn z łagodnym uśmiechem, ale i z wyraźnym zaciekawieniem. Nie było w tym jednak wrogości czy niechęci, a jedynie zwykłe zainteresowanie. Wolałabym: Nieznajoma przyglądała się Evelyn z wyraźnym zaciekawieniem, łagodnie się przy tym uśmiechając. Niebieskowłosa stwierdziła, że dziewczyna, kimkolwiek była, najprawdopodobniej musiała już wcześniej wiedzieć o jej przybyciu do tego domostwa, jednak z niewiadomego powodu nie zjawiła się w salonie.Nie podoba mi się to: "niebieskowłosa stwierdziła". Proponuję "doszła do wniosku".
Evelyn przez dłuższą chwilę wahała się, przygryzając wargę. Nerwowo poprawiła niebieską grzywkę, nieustannie wpadającą jej do oczu. Na usta cisnęło jej się wiele pytań, ale w końcu wybrała to najbardziej oczywiste.   — Kim jesteś? - spytała, starając się, aby głos jej nie drżał.  Nie wszystko dla wszystkich jest "oczywiste", dlatego sugeruję napisać: "Próbowała opanować myśli, ale chaos, który nagle zapanował w jej głowie, zdawał się być nie do okiełznania. Na usta cisnęło jej się mnóstwo pytań, które chciałaby zadać nieznajomej, jednak jakaś nieznana jej wewnętrzna siła sprawiła, że zdołała tylko drżącym głosem wybąkać lakoniczne: - Kim jesteś?" i będzie super. Przy okazji udowodnisz czytelnikom, że pozoru rezolutna Evelyn ma swoje słabe punkty. Nie czuła się zbyt pewnie, nakryta przez obcą osobę w miejscu, gdzie z całą pewnością nie powinno jej być. Fleksja zarzygała rowy, niestety. W miejscu, W KTÓRYM z całą pewnością nie powinna była się znaleźć. Dawniej niezbyt by się tym przejmowała, ale teraz czuła się dziwnie onieśmielona i wręcz zagubiona. Znów mam nieodparte wrażenie, że jakaś dziecinna maniera zawładnęła zdaniem. Może: "Dawniej wcale by się tym nie przejęła, ale teraz... Czuła się dziwnie onieśmielona, a na jej bladych policzkach wykwitły rumieńce". Ha! Bacznym wzrokiem przyjrzała się twarzy nieznajomej, licząc, że wyczyta z niej coś więcej. Może mimo wszystko pod tym sympatycznym uśmiechem kryło się coś jeszcze? To jest dobre, podoba mi się. W ciągu ostatniej godziny musiała pospiesznie zmienić nieco swoje zapatrywania na świat. Wczesniej optymistka, zmrożona chłodnym i pełnym dystansu traktowaniem przez Mary Black, nagle zaczęła odczuwać pewne przebłyski budzacej się w niej nieufności. Uczucia nie mają absolutnie nic wspólnego z zapatrywaniem na świat. Mamy tutaj także dwie literówki ("wcześniej" oraz "budzącej"), ale to nie ma żadnego znaczenia, bo te zdania należy niezwłocznie wyrzucić i zamienić na coś innego. 
Tamta ponownie się uśmiechnęła, po czym, po krótkim wahaniu, zdecydowała się przemówić. "Po czym" obok "po krótkim wahaniu" zdają się razem gryźć niemiłosiernie i choć w zasadzie poprawne, to należałoby to poprawić.
   — Jestem Alexandra Black. - odpowiedziała. — A ty, jak mniemam, jesteś Evelyn? Evelyn Grant? 
Niepoprawna interpunkcja. Po wypowiedzi usuń kropkę.
Evelyn uniosła brwi tak, że niemal znikły pod strzechą jej nastroszonych, niebieskich włosów.
   —  Taak... Skąd wiesz? Ponieważ słowo "tak" nie jest onomatopeją, niedozwolone jest rozciąganie go w nieskończoność.
Dziewczyna jednak uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Wyrzuć proszę to "jednak", bo nijak się ma do tego zdania. Evelyn wydało się to całkiem szczere. W odróżnieniu do babci, uśmiech Alexandry wydawał się być naturalny, chociaż dziewczyna wciąż jakby nie dowierzała, że oto ma przed sobą pierwszą osobę w tym domu, która nie patrzy na nią z rozczarowaniem czy nawet wzgardą. Powtarza się kilka razy dziewczyna, trzeba to czymś zastąpić. No i "w odróżnieniu OD".
   — Babcia powiedziała mi, że przyjedziecie. Twoja matka jest... była siostrą mojego ojca - wyjaśniła Alex pospiesznie, po czym pospiesznie poprawiła swoje złociste loki, jakby próbowała zatuszować chwilowe zmieszanie.  Dobrze, wyjaśnijmy sobie coś. Jeanne żyje i ma się świetnie, a więc mówienie o niej, że "była czyjąś siostrą" jest jej uśmiercaniem. Z informacją o śmierci brata Jeanne możesz jeszcze przecież poczekać.
Evelyn przekrzywiła głowę lekko na bok, próbując przetrawić zasłyszane informacje. Właściwie bardzo niewiele wiedziała o rodzinie matki. Jeanne wyjechała z kraju zaraz po ukończeniu szkoły, a wkrótce po tym poznała ojca Evelyn, Michaela Granta. Jeśli zdecydowałaś się na utajenie danych zaginionego to wystarczy, że usuniesz stąd jego nazwisko. Bardzo rzadko opowiadała o swoim wcześniejszym życiu, jeśli już, zwykle wspominając tylko o Hogwarcie, o swoim dawnym domu i o matce, dlatego też jej dzisiejsze pogrążanie się we wspomnieniach wydawało się dziewczynie dziwne. Dlaczego wydało jej się to dziwne? Głupiej nie chcemy z niej chyba zrobić? Jak dla mnie logicznym jest, że skoro się powraca po wielu latach do miejsca, w którym spędziło się dzieciństwo i młodość, to chciał czy nie - budzą się wspomnienia. Natomiast o istnieniu Alexandry nie miała zielonego pojęcia i przeżyła niemały szok, stwierdzając, że w domu babci przebywa ktoś jeszcze, w dodatku w dość zbliżonym wieku. Tu już jest w porządku, dźga mnie jednak w oczy to "zielone pojęcie" i "zbliżony wiek". To pierwsze ze względu na swój kolokwialny charakter; drugie ze względu na dziwne brzmienie.
Ciężko jej było jednak w to wszystko uwierzyć. Zmrużyła mocno obwiedzione kredką oczy, zastanawiając się, czy dziewczyna mówi prawdę.  Tutaj rodzi się pytanie: zmrużyła mocno oczy, czy może oczy były mocno obwiedzione (cokolwiek to oznacza) kredką? Może raczej obrysowane, co?
Alexandra nadal stała na ścieżce, zachowując pewien dystans od krzewu obwieszonego różowymi kwiatami podobnymi do dzwonków, któremu chwilę temu z taką ciekawością przyglądała się Evelyn. Sprawiała jednak wrażenie, jakby czuła się tutaj całkowicie pewnie, w odróżnieniu do wyraźnie spłoszonej Evelyn. Znów powtórzenia, tym razem powtarza nam się imię.
   — Eee... Alex? - spytała nieoczekiwanie Evelyn, przysuwając się nieco bliżej, aby jeszcze lepiej przyjrzeć się nieznajomej.
Dziewczyna była może kilka cali wyższa od niebieskowłosej, nie miała też tak drobnej i patykowatej, chłopięcej wręcz sylwetki. Dziwna inwersja: "chłopięcej wręcz", zamień te słowa miejscami. W ogóle to... wywaliłabym to "wręcz" i na to miejsce wstawiła coś innego. Ogólnie rzecz biorąc, była całkiem ładna i na upartego możnaby się doszukać w niej jakichś podobieństw do Evelyn, gdyby oczywiście niebieskowłosa zmyła makijaż i przywróciła swoim kosmykom naturalny kolor. Kosmykom? Słowo "kosmyk" odnosi się do pojedynczego pasma włosów i za grosz tu nie pasuje, niestety.
   — Pytaj, o co chcesz. Domyślam się, że babcia nie była zbyt miła?
Evelyn powoli pokiwała głową, na potwierdzenie tych słów. Ciekawe, skąd Alexandra o tym wiedziała? Czyżby sama miała możliwość przekonać się o trudnym charakterze babci? Czyżby nie mieszkała z nią od dłuższego czasu? Może właśnie stąd wiedziała, ale moja intuicja może w tej kwestii okazać się zawodną. Przemyśl to co napisałaś, proszę.
   — Chyba nie była ze mnie zadowolona.
Alexandra nie wydawała się być tym zaskoczona.
   — Babcia jest taka wobec wszystkich. Była wychowywana według innych reguł i nie lubi niczego, co odbiega od normy. A twój wygląd... - w tym momencie podeszła do Evelyn i delikatnie musnęła dłonią jej niebieskie włosy. — Jesteś metamorfomagiem?
Evelyn ponownie skinęła, potwierdzając to pytanie zmianą koloru włosów na czerwony, by po chwili ponownie przywrócić im ich zwykły, chabrowoniebieski odcień. Chabry są niebieskie, więc jaki sens ma określenie koloru "chabrowoniebieskim"? Taki sam jak "czerwonoczerwony", niestety.
   — Tak myślałam, choć nikt w naszej najbliższej rodzinie nie jest metamorfomagiem.
   — Moja druga babcia miała taką zdolność - rzekła Evelyn, wzruszając ramionami. — Można tutaj gdzieś usiąść?
   — Chodź za mną. - Alex ruszyła przodem, prowadząc za sobą wyraźnie zaintrygowaną niebieskowłosą.
Przeszły kilka metrów, docierając w końcu do wolnej przestrzeni pozbawionej roślin, na której stały wiklinowe kanapy obite grubymi poduchami oraz stolik. Wszystko to było nieco mniej staroświeckie niż wystrój samego domu, dlatego Evelyn poczuła się nieco pewniej. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś obijał kanapę poduchami... W sensie, że je poprzybijali na wypadek kradzieży, ta?
Opadła na jedną z kanap, a naprzeciwko niej usadowiła się Alexandra. W przeciwieństwie do luźno rozpartej Evelyn, tamta siedziała nienagannie wyprostowana i mimo, że w tej chwili nie poruszała się, miała w sobie dużo gracji.
   — Napijesz się czegoś, Evelyn? - spytała Alex nieoczekiwanie.
   — Ja... Och, w sumie czemu nie? Macie tutaj colę?
Alex uniosła brwi.
   — Co to jest?
   — Taki napój mugolski... Zresztą nieważne. - Evelyn zreflektowała się, po czym wzruszyła ramionami. Coca-cola podbiła calusieńki świat odkąd weszła na rynek z końcem XIX wieku. Zatem czy to fizycznie możliwe, żeby KTOKOLWIEK o niej nie słyszał?
Panna Black spojrzała na nią z uwagą, jakby się zastanawiała, czy Evelyn sobie z niej nie drwi.

   — Nie mamy żadnych mugolskich napojów... Mamy herbatę, piwo kremowe, sok dyniowy... - wymieniła pospiesznie.
Evelyn westchnęła, mrucząc pod nosem coś o zacofaniu świata czarodziejów.
   — Dobra, to niech będzie herbata. Ale normalna, porządna herbata, nie to świństwo którym próbowała mnie spoić twoja... nasza babcia.
Spodziewała się, że Alex rzuci jej miażdżące spojrzenie, jednak dziewczyna tylko parsknęła śmiechem. Nie słyszałam nigdy o "miażdżącym spojrzeniu", ale - jak mniemam - jest to jakieś kuriozum wymyślone na grafomańskie potrzeby. Może raczej "Alex obdarzy ją piorunującym spojrzeniem"?
   — Iskierka! - rzuciła w przestrzeń.
Evelyn już miała spytać, co za Iskierka i o co w tym wszystkim chodzi, gdy nagle tuż obok kanapy, na której siedziała, zmaterializowało się znienacka to samo stworzenie, które wcześniej otworzyło przed nimi drzwi rezydencji. Konstrukcja "co za Iskierka" jest pozbawiona prawa bytu! Przykro mi, ale to brzmi fatalnie i strasznie prostacko. Może: "kim jest Iskierka"?
   — Iskierko, przynieś nam herbaty. Bez mleka.
Stworzenie skłoniło głowę, po czym ponownie zniknęło.
   — Co to było? - spytała Evelyn, lekko zawstydzona.
   — Och, to nasz domowy skrzat... - odpowiedziała Alex, unosząc brwi. — Nie mów tylko, że u was w tej całej Ameryce ich nie było.
   — Hmm... Może gdzieś były. Ale w naszym mieszkaniu nie mieliśmy żadnych skrzatów ani innych dziwacznych wymysłów.
   — Dziwne...
   — Normalne. - Evelyn wzruszyła ramionami, moszcząc się wygodniej na kanapie i spoglądając w zaparowane szyby oranżerii, przez które ledwo było widać znajdujący się na zewnątrz okazały ogród. Świat zwykle oglądamy przez szybę, a nie w szybie. Ponadto skoro Evelyn ogląda coś przez te szyby, to logicznym jest, że to coś znajduje się zewnątrz. Różnica jest zasadnicza, a więc proponuję: "spoglądając przez zaparowane szyby oranżerii na okazały ogród.".
Wtedy jednak poczuła, że coś gramoli jej się na kolana. Pospiesznie zerknęła w dół i zobaczyła wielkiego, szarego kota o długiej sierści i spłaszczonym pyszczku. Wpatrywał się w nią ogromnymi, zielonymi ślepiami. Jak na kota, był wyjątkowo duży. Przecinek w ostatnim zdaniu jest zbędny.
Evelyn, która zawsze bardzo lubiła koty, wyciągnęła w jego stronę rękę i pogłaskała go po grzbiecie. Kot przeciągnął się leniwie i zaczął mruczeć.
   — Dobrze, że chociaż koty macie normalne.
Kącik ust Alex drgnął lekko, jakby w uśmiechu. Wtedy jednak ponownie pojawiła się Iskierka, trzymając w wątłych rękach tacę z dwoma filiżankami herbaty oraz ciasteczkami i położyła ją na stole. Chwilę później zniknęła z cichym pyknięciem. Do czego się odnosi to "jednak"? No właśnie też myślę, że do niczego.
   — Częstuj się.
Niebieskowłosa natychmiast skorzystala z zaproszenia i wzięła sobie ciasteczko, po czym wepchnęła je sobie do ust. Było wyjątkowo dobre. Powtarza się "sobie", to boli... Poza tym skoro Evelyn bierze ciasteczko i za chwilę wpycha je sobie do ust, to chyba normalne, że "sobie", a nie kotu. Literówka w "skorzystała".
   — Mmm... pycha - wymamrotała, biorąc sobie kolejne. Znów to głupie i zbędne "sobie", ble!
Alexandra zachichotała cicho, po czym sama wzięła sobie ciasteczko i ugryzła mały kawałeczek. I znów... ręce mi opadły. Kochana moja, jak będziesz z taką dokładnością opisywać kto ile ciasteczek zjadł, to czytelnik zanudzi się na śmierć, albo ja się zanudzę, albo jeszcze Bogu ducha winny ktoś się zanudzi, a tego bardzo byśmy nie chcieli.
Evelyn tymczasem złapała trzecie ciasteczko i wgryzła się w nie z apetytem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jaka była głodna. Od momentu dotknięcia świstoklika była zbyt zdenerwowana, żeby myśleć o jedzeniu, teraz jednak, nieco ośmielona całkiem sympatycznym traktowaniem przez Alexandrę, rozluźniła się nieznacznie. I kolejne ciasteczko... Widzę, że nawet musiałaś zacząć używać liczebników, żeby się nie pogubić. Zrób coś z tym fragmentem, błagam.
Przez chwilę milczały, obie w spokoju siedząc i przegryzając ciasteczka. No ja pierdzielę, znów ciasteczko! Nawet podczas tak błahej czynności było widać, jak bardzo się od siebie różniły. Evelyn, ubrana w dość swobodny strój mugolski, siedziała nonszalancko, rozglądając się na boki z rosnącą ciekawością i machinalnie głaszcząc dłonią siedzącego jej na kolanach szarego kota. W jej niebieskich jak niezapominajki, mocno umalowanych oczach gościł jednak cień smutku, który na chwilę został zagłuszony przez mimowolne zainteresowanie nowym miejscem. Natomiast Alexandra, w nienagannie odprasowanej szacie, była wyprostowana i z powagą wpatrywała się w siedzącą naprzeciwko niej dziewczynę, jednocześnie sprawiając wrażenie całkowicie rozluźnionej i pewnej. W końcu była u siebie i zapewne bardzo dobrze znała to miejsce, takie przynajmniej wnioski wysnuła  Evelyn. Fragment o wnioskach Evelyn niestety do wyrzucenia, albo do całkowitej renowacji. Mimo tej powagi w jej pozornie chłodnych oczach można było dopatrzeć się wesołych ogników, zupełnie jakby dziewczyna była leciutko rozbawiona zachowaniem niebieskowłosej.  Po słowie "powagi" poprosimy grzecznie o przecinek. Przecinki stawiamy nie tylko w miejscach, które wyznaczają zasady interpunkcji. Stawiamy je także wtedy, kiedy chcemy zaznaczyć pauzę, a tu jest ona konieczna, ponieważ czytając to zdanie na jednym wdechu można się udławić.
W głowie Evelyn w dalszym ciągu gnieździł się chaos. W ciągu ostatnich paru godzin doświadczyła tylu rozmaitych emocji, że teraz sama miała problem się w tym wszystkim połapać. Czułam, że znów wyjedziesz z jakimś kolokwializmem, który to - notabene - sprawił Ci nie lada kłopotu. To w ogóle nie brzmi, więc moja propozycja jest następująca: "W ciągu ostatnich paru godzin towarzyszyło jej tak wiele skrajnych emocji, że poczuła się prawdziwie zmęczona.". Miejsce, w którym przyszło jej się znaleźć, bez wątpienia było intrygujące. Z jednej strony okazałe i porażające ogromem ozdobników, z drugiej odpychające swą sztywnością i pretensjonalnością. Rozmawiałyśmy już na temat "sztywności" i ja nadal jestem zdania, że "sztywny" to może być wkład do trumny made by nature. W poprzednim poście pisałam już o synonimach, które mogą zastąpić to słowo w tym kontekście. Dziewczyna sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Jednocześnie była zaciekawiona i pragnęła dobrze poznać nowe otoczenie, z drugiej oddałaby wiele, aby jak najszybciej wrócić do Nowego Jorku i do starego mieszkania. Hmm, zależy moja droga jak rozumieć to "stare". Zważywszy jednak na fakt, że opuściła je wczoraj - nie nazwałabym go tak. Oczywiście być może, że się czepiam, jednak wydaje mi się, że to zdanie dzięki użyciu słowa "jednocześnie" jest zamotane jak kłębek nici po zabawie stada kotów. Napisałabym: "Była zaintrygowana nowym otoczeniem, ale jednak tęsknota za nowojorskim mieszkaniem przezwyciężała ciekawość.".  Starała się jeszcze nie myśleć o domu babci jako o swoim domu, choć wiedziała, że od dziś miała zamieszkać właśnie tutaj. Wolała jednak postrzegać ową rezydencję po prostu jako "dom babci Mary". Za dużo tych "domów". Ten po słowie "swoim" można z powodzeniem usunąć.
O babci też było jej dziwnie myśleć. Khę? Czy komuś może "być dziwnie myśleć o czymś"? Co to za związek w ogóle? Dziś spotkała ją po raz pierwszy w swoim życiu, ale miała wobec niej bardzo mieszane uczucia. Kobieta z pewnością nie przyjęła jej najcieplej, jednak mimo wszystko była matką jej matki. Może gdyby poznały się lepiej... To śmieszne "matką jej matki" zamieniłabym na tradycyjną "rodzinę".
Może. Dużo było tych może.
Głównie po to, aby zająć czymś ręce, sięgnęła w stronę filiżanki i upiła łyk herbaty.
Odwróciłabym to zdanie i trochę je zmodernizowała. "Podniosła filiżankę i upiła łyk herbaty, aby zająć czymś ręce."
   — Mieszkasz tu? - rzuciła w kierunku Alexandry, smakując napój.
Na szczęście ta herbata smakowała praktycznie normalnie.
Co to znaczy "praktycznie normalnie"? Nie piszemy takich farmazonów w opowiadaniach, bo jest to nic innego, jak uproszczenie z mowy potocznej. Była jednak gorąca i Evelyn oparzyła sobie język. Skrzywiła się nieznacznie.
Alexandra przez chwilę przyglądała się uważnie niebieskowłosej. Nie odpowiedziała od razu.

  — Mieszkam z babcią już trzy lata... Odkąd umarli moi rodzice - powiedziała cicho, spuszczając wzrok na swoje kolana.
Wcześniejszy łagodny uśmiech nagle zniknął z jej twarzy. Atmosfera w oranżerii zgęstniała i mimo wysokiej temperatury i wilgotności, obie miały wrażenie, jakby nagle bardzo się ochłodziło.

   — Ja... Wybacz, nie miałam pojęcia. Zapomnij. - Evelyn, zmieszana, zaczęła się jąkać, a jej blade policzki pojaśniały jeszcze bardziej.
Kropka po wypowiedzi jest zbędna.
W tej chwili jeszcze bardziej pragnęła znaleźć się daleko stąd.
Powtórzenie "jeszcze bardziej". Czuła zmieszanie Alexandry i poniekąd potrafiła ją zrozumieć. Powtórzenie "zmieszanie". W końcu sama także straciła niedawno ojca. Wprawdzie nie wiedziała, czy zginął, czy może nadal żyje, ale nie kontaktował się z rodziną w żaden sposób i został uznany za zaginionego. Przecinek przed pierwszym "czy" zbędny.  A kilka tygodni po jego nagłym zniknięciu matka zaczęła przebąkiwać coś o wyjeździe. To wiemy już od dawna, więc myślę, że niepotrzebnie o tym wspominasz.
Dość, nie myśl o tym. - zganiła się w myślach, po czym pospiesznie poprawiła niebieskie kosmyki tak, żeby przynajmniej częściowo zasłoniły jej oczy i pobladłą twarzyczkę. Kropka po wypowiedzi jest zbędna.
Obie milczały, patrząc wszędzie, tylko nie na siebie. Dopiero Alexandra ponownie przerwała niezręczną ciszę. Wolałabym raczej: "Obie milczały, unikając swoich spojrzeń, jednak po chwili Alexandra przerwała niezręczną ciszę."
   — W porządku. Miałaś prawo nie wiedzieć - powiedziała, wzruszając ramionami.
Uśmiechnęła się ponownie, ale jakby z mniejszym przekonaniem niż wcześniej.

Evelyn powoli pokiwała głową, nadal głaszcząc kota. Zwierzak jednak po chwili miauknął i zeskoczył jej z kolan, po czym podszedł do Alexandry i zaczął ocierać się o jej kostki.
To "po chwili" można wyrzucić. 
Choć niebieskowłosa niewątpliwie była zaintrygowana, postanowiła nie drążyć tematu. Zaczęła natomiast wiercić się na kanapie, zapewne w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji.
"Zapewne" do wywalenia razem z przecinkiem. Skrzypienie wikliny dotarło do uszu pogrążonej w zadumie Alex. Drgnęła lekko, po czym wstała i krokiem pełnym gracji podeszła do osadzonych w szklanej ścianie drzwi, które Evelyn dopiero teraz zauważyła.
   — Chodź, przejdziemy się. Domyślam się, że nie spieszy ci się do ponownego spotkania z babcią - zaproponowała. — Ja kiedy tylko mogę, uciekam do oranżerii. Lubię tu przychodzić.
Evelyn natychmiast przystała na jej propozycję. Znowu zaczęło jej się robić gorąco, a czarny t-shirt kleił jej się do ciała.

    — Chętnie się przejdę.
Wstała i pospiesznie dołączyła do dziewczyny. Razem wyszły na zalany słońcem, rozległy trawnik. Powierzchnią dorównywał nawet boisku do quidditcha w szkole magii w Salem, gdzie wcześniej uczyła się Evelyn. Dopiero spory kawałek dalej rozpoczynał się park.
Do momentu ostatniego zdania w tym fragmencie - było bezbłędnie. Brawo. W ostatnim zdaniu razi mnie tylko ten "spory kawałek"... Ile to jest "spory kawałek"? Jak stąd i jeszcze w cholerę daleko, jak to mawiał sąsiad Marian, stojąc pod Biedronką i sącząc wysokiej klasy jabola. Wszechwiedzący narrator nie powinien mieć problemów z określeniem odległości.
   — Hmm... Zielono tu - rzuciła, czując, jak trawa ugina się pod podeszwami jej trampek.
Alexandra zdjęła szatę, zostając w samym swetrze i spódnicy.
Fleksja znów ma odruchy womitoryjne... Trampków! Trampek jest jeden. 
   — Zobaczysz, w Hogwarcie będzie jeszcze więcej zieleni - przemówiła, mrugając do Evelyn, która podwijała nogawki swoich poplamionych farbami olejnymi dżinsów.
Evelyn nagle sobie przypomniała, że przeprowadzka nie była przecież jedyną zmianą w jej życiu. Już za miesiąc czekało ją rozpoczęcie nauki w nowej szkole.
Znów powtarza się imię. 
   — Hogwart... Jak tam jest? Opowiesz mi o nim? - spytała błagalnie, mając nadzieję, że dowie się czegoś ciekawego.
Matka dużo razy opowiadała jej o Hogwarcie, jednak rozmowa z osobą w zbliżonym wieku, która miała możliwość uczyć się tam, była zapewne jeszcze bardziej ekscytująca.
A może po prostu: "wydała jej się o wiele bardziej ekscytującą"?
Usadowiły się na soczystozielonej trawie. Alexandra zaczęła opowiadać, a Evelyn słuchała z uwagą, w jej oczach błyszczało zainteresowanie.
Ostatni człon powinien stanowić odrębne zdanie. Choć zwykle bardzo ruchliwa i energiczna, siedziała zaskakująco spokojnie, w spokoju chłonąc nowe informacje i porównując je z tym, co już wiedziała. Za dużo spokoju, zdecydowanie. Słownik synonimów kłania się w pas przed Tobą. 
  — I są tam cztery domy? - przerwała Alexandrze, kiedy ta zakończyła opowiadać o Ceremonii Przydziału, czekającej każdego nowego ucznia i krótko scharakteryzowała hogwarckie domy uczniowskie.
  — Tak, cztery. Każdy symbolizuje inną wartość, a przydziela nas do nich stara Tiara Przydziału. Trochę się rozgadała, kiedy przydzielała mnie, ale...
   — W którym domu jesteś?
   — Ja? Och, w Ravenclawie - odpowiedziała Alex. — W domu symbolizującym bystrość i spryt, podobno. Babcia nie była zadowolona, większość naszej rodziny była Ślizgonami.
Evelyn uniosła brwi.

   — Tak nazywamy potocznie mieszkańców Slytherinu - wyjaśniła pospiesznie Alex.
Niebieskowłosa zamyśliła się. Zaczęła się zastanawiać, do którego z czterech domów pasowałaby ona sama, nie potrafiłaby jednak jednoznacznie się określić.
W sumie jak dotąd nie mam zarzutów. Ostatnie zdanie jest jednak nieco kulawe, popracowałabym nad nim. Prawdopodobnie dowie się swojego przydziału dopiero z ust tej dziwacznej Tiary, o której opowiedziała jej Alexandra.
   — Ciekawe, dokąd ja trafię. Szczerze mówiąc, póki co nie widzę się w żadnym z tych domów. A co, jeśli ta Tiara stwierdzi, że nigdzie nie pasuję i odeślą mnie ze szkoły? - W głosie Evelyn dosłyszeć można było cień obawy.
   — Na pewno się tak nie stanie - pocieszyła ją Alexandra, po czym delikatnie ją objęła. — Nie musisz się niczym przejmować.
Niebieskowłosa poczuła się nieco pewniej. Zdała sobie sprawę, że polubiła Alex i pomyślała sobie, że może jednak nie będzie aż tak źle, jak myślała.

Wtedy jednak usłyszała czyjś wyraźnie zagniewany głos.

   — Tutaj jesteście.
Obie odwróciły się pospiesznie, dostrzegając kroczącą przez trawnik babcię. Poły szaty powiewały za nią jak ptasie skrzydła.

Evelyn na widok Mary Black spuściła wzrok i ku jej zaskoczeniu, to samo uczyniła Alex. Żadna z nich nic nie powiedziała.

   — Iskierka właśnie mnie poinformowała, że jesteście w oranżerii - przemówiła kobieta, po czym zwróciła wzrok na Alexandrę. — Widzę, że poznałaś już swoją kuzynkę, Alexandro. - Teraz dla odmiany spojrzała na Evelyn. —Dlaczego nie przyszłyście do mnie? Bardzo niekulturalnie tak wychodzić w trakcie rozmowy, młoda damo.
Evelyn wymamrotała coś w odpowiedzi.

   — Mów głośniej, bo nie słyszę. Nie dość, że masz taki dziwny akcent, to jeszcze mamroczesz coś pod nosem.
   — Hmmm... Przepraszam - mruknęła niebieskowłosa, jednak jej spojrzenie wyraźnie mówiło, że nie odczuwa żadnych wyrzutów sumienia.
Babcia udała, że nie słyszy fałszu w jej głosie.

   — Zapraszam was z powrotem do salonu - powiedziała tylko, po czym uniosła podbródek i odeszła.
Napisałabym: "powiedziała lodowatym tonem". Zastosowanie zwrotu "powiedziała tylko" sprawia, że ta część zdania wygląda na urwaną.
Dziewczyny tymczasem podniosly się z trawy. Kolejna literówka - "podniosły". Chociaż osobiście napisałabym, że wstały. I nie "tymczasem". Żadna nie była zachwycona perspektywą popołudnia w ociekającym zdobieniami salonie w towarzystwie wyraźnie poirytowanej Mary Black. W porządku, ale jeśli już to "perspektywą spędzenia popołudnia". Przed drugim "w" proszę o przecinek. 
   — Chodźmy. Przedstawię ci moją mamę - rzekła Evelyn, otrzepując dżinsy ze źdźbeł trawy, które przylgnęły do materiału.
Alexandra bez słowa podążyła za nią, a po chwili wyprzedziła ją o kilka kroków. Evelyn, która właśnie prypomniała sobie, że nie ma pojęcia, jak wrócić do salonu, uśmiechnęła się i ruszyła za nią.
Literówka - "przypomniała". Pośpiech jest złym doradcą, coraz więcej literówek widzę!
Tym razem nie szły przez oranżerię; Alex poprowadziła ją korytarzem, w którym niebieskowłosa jeszcze nie była. Tak samo jak ten, którym uprzednio biegła, był obwieszony obrazami, między którymi co kilka metrów wisiały złocone świeczniki, z których sączyło się łagodne światło.
Czy nie masz jakiegoś innego pomysłu na wygląd korytarza? Odrobinę męczy to, że za każdym razem używasz tych samych sformułowań, jakby zbrakło Ci pomysłów.
   — Nie macie tutaj elektryczności? - spytała Evelyn, którą nagle uderzyła obecność świec zamiast normalnych żarówek.
"Uderzyć" nas może wiele rzeczy, jednak w tym kontekście kiepsko to wygląda; myślę, że zwykłe "zdziwiła" byłoby lepszym rozwiązaniem. W zasadzie to całość słabo się prezentuje, moja propozycja: "(...) spytała Evelyn, która nagle zorientowała się, że w świecznikach zamiast zwykłych żarówek znajdowały się długie, woskowe świece.". 
Alex spojrzała na nią ze zdziwieniem.
   — Nie, ależ skąd! W domostwach czarodziejów takie mugolskie wynalazki zwykle wariują, gdyż w powietrzu jest za dużo magii.
Do tej pory z dialogami szło płynnie, ale ten jest jakiś drewniany. Może przez użycie słowa "gdyż"? Pamiętasz kiedy ostatnio w rozmowie z koleżankami użyłaś tego słowa? To takie trochę pompatyczne, jak na mój gust.
Evelyn posmutniała. Większość życia spędziła w świecie mugoli i mimo, że w zasadzie była czarownicą czystej krwi, żyła praktycznie jak jej niemagiczni rówieśnicy. Związku "mimo że" nie rozdzielamy przecinkiem. "W zasadzie była czystej krwi"? Nie, to się kupy nie trzyma
. Była i po prostu była, po co w to mieszać zasady. To samo dotyczy słowa "praktycznie" - jest tu absolutnie niepotrzebne. Nawet jej rodzice rzadko używali magii, większość czynności wykonując własnoręcznie lub korzystając z urządzeń wyprodukowanych przez mugoli. Także jej szkoła była tolerancyjna dla pozamagicznej cywilizacji; nikt tam nikogo nie prześladował za pochodzenie z mugolskich rodzin, zaś zwyczajny ubiór i niemagiczne zachowania były czymś na porządku dziennym. Uczniowie poza lekcjami właściwie rzadko korzystali z różdżek, a szaty zakładali jedynie, gdy wymagała tego sytuacja. Mugoloznastwo natomiast było jednym z najważniejszych przedmiotów i było obowiązkowe dla wszystkich. To ostatnie zdanie mi się nie podoba; "Mugoloznawstwo było natomiast jednym z najważniejszych przedmiotów, obowiązkowym dla wszystkich uczniów".  I rzecz jasna, w Instytucie Magii w Salem była elektryczność. "Rzecz jasna" jest wtrąceniem, a jak wiadomo wtrącenia powinniśmy oddzielić od reszty zdania przecinkami, myślnikami lub nawiasami, dlatego poprawna wersja wygląda tak: "I - rzecz jasna - w Instytucie Magii w Salem była elektryczność.". 
  — Co za dziwny dom... - mruknęła, kręcąc głową z powątpiewaniem.
A więc na telewizję raczej nie było tu co liczyć.
Z reguły nie zaczyna się zdania od "więc" i "a więc". W ogóle - uprzedzam na przyszłość - jestem tolerancyjna wobec spójników na początku zdań, ale moja tolerancja ma swoje granice, za które nie należy się zapuszczać. Westchnęła tylko, wchodząc za Alex do salonu.
Babcia siedziała już na kanapie w swojej zwykłej, sztywnej pozycji i wyglądała, jakby w ogóle jej nie opuszczała od czasu nagłego wyjścia Evelyn.
Zdanie jest niestylistyczne. "Zwykła sztywna pozycja", a "pozycja, w której zwykła siadać" to dwie oddzielne bajki. Pierwsza niestety jest niestylistyczna. No i zróbże coś z tą "sztywnością", bo umrę. 
Naprzeciwko niej siedziała Jeanne Grant, teraz z jakby nieco bardziej ożywioną miną, za którą jednak wciąż czaiło się charakterystyczne dla niej zobojętnienie.

   — Evelyn! Gdzie się podziewałaś? - spytała matka, powoli wstając i podchodząc do niej.
Nie można jednocześnie wstawać i podchodzić, chyba że Jeanne jest jakimś Houdinim.
   — To tu, to tam... - dziewczyna wzruszyła ramionami.
Mama natomiast zdążyła już przenieść wzrok na stojącą obok niej Alexandrę i uniosła brwi.
Czyja mama? Przypominam, że są tam dwie matki, warto byłoby jednak zaznaczyć, o którą chodzi. 
  — Cześć, ciociu Jeanne. Jestem Alexandra - przedstawiła się dziewczyna, ponownie przywołując na twarz ten sam szczery uśmiech, który miała na początku rozmowy z Evelyn.
Proponuję "którym obdarzyła Evelyn, kiedy spotkały się pierwszy raz".
   — Jesteś córką Toma?
Panienka Black zmieszała się.

   — Tak. To mój... tata.
Jeanne sprawiała wrażenie, jakby wiedziała, co się stało z ojcem dziewczyny. Zapewne dowiedziała się o tamtej tragedii z któregoś z listów matki, albo dopiero dzisiaj. W każdym razie, spoglądała na nią ze smutkiem.
Jeanne sprawia wrażenie jakby wiedziała, a więc skąd to "zapewne"? 
   — Cóż... Miło mi cię poznać, Alex. Cieszę się, że Evelyn będzie mieć tu jakieś towarzystwo w swoim wieku.
Jej głos jawił się Evelyn jako wyprany z emocji, ale nie zaskoczyło jej to.

Alexandra powoli wyminęła kobietę, po czym usiadła na fotelu przed kominkiem.

Evelyn podeszła do niej i nieśmiało usadowiła się obok. Czuła, że między nią a dziewczyną zdążyła się już wytworzyć pewnego rodzaju bliskość.
Słowo "bliskość" nie pasuje mi do kontekstu. Może frazeologizm "zawiązały nić porozumienia" oddawałby lepiej charakter zaistniałej sytuacji? Choć spotkały się po raz pierwszy w życiu, niebieskowłosa miała wrażenie, jakby znały się o wiele dłużej. W odróżnieniu do chłodnej babki, dziewczyna okazała się być całkiem miła i bezpośrednia, choć pod jej radosnym uśmiechem i szczerością niewątpliwie krył się też pewien smutek. Może właśnie to je tak bardzo zbliżyło. Konstrukcja tego zdania wskazywałaby na to, że jest to pytanie retoryczne, a każde pytanie kończymy znakiem zapytania. Nie kropką. Obie trafiły tu, bo straciły kogoś bliskiego, w dodatku były w podobnym wieku, więc siłą rzeczy powinny trzymać się razem. Pisząc banialuki tego rodzaju, nieco uprzedzasz fakty. Ja - jako szary czytelnik - już wietrzę nosem wielką przyjaźń.
Babcia tymczasem pogrążona była w lekturze. Najwyraźniej nie miała już ochoty łajać wnuczki za jej zachowanie i postanowiła zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Dopiero po godzinie odezwała się ponownie.
Przez godzinę co robiły? Siedziały na kanapie i grzecznie patrzyły jak babcia czyta?
   — Alexandro, zaprowadź Evelyn do jej pokoju - poleciła, zamykając książkę i wsuwając między stronice misterną zakładkę.
Jestem przekonana, że epitet "misterna" został tutaj użyty całkowicie bezmyślnie. "Misternie wykonaną/zdobioną zakładkę" już brzmi sensownie.
Przez ostatnią godzinę obydwie siedziały, oglądając szkicownik Evelyn. Niebieskowłosa postanowiła pokazać kuzynce swoje rysunki. Alexandra wydawała się byc nimi autentycznie zainteresowana i najwyraźniej cieszyła się, że nikt nie wywleka już tematu jej rodziców. Mamy literówkę w słowie "być". A więc panny przez tę godzinę oglądały szkicownik! Szkoda tylko, że pozamieniałaś miejscami wydarzenia.
   — Dobrze, babciu - zgodziła się. — Chodź, Evelyn. Pokażę ci, gdzie będziesz mieszkać.
Opuściły salon. Idąc do drzwi, Evelyn zdążyła dostrzec, że jej matki nigdzie nie było.
Na pewno gdzieś musi być! Nie zaginęła! Dziwi jedynie fakt, że Evelyn idąc korytarzem ma wgląd na całą chałupę. Uznała jednak, że musiała ona udać się na przechadzkę po posiadłości w celu przypomnienia sobie dawnych czasów, dlatego nie martwiła się zbytnio. Zdanie jest kiepskie stylistycznie, a co za tym idzie - do poprawy!
Ruszyły schodami na górę. Evelyn jeszcze nie była na piętrze. W zasadzie niezbyt różniło się ono wyglądem od dolnej części rezydencji, ale tutaj wystrój był jakby spokojniejszy i bardziej stonowany.
"Spokojny wystrój", a to dopiero historia! Koniecznie poszukaj tu jakiegoś innego epitetu, bo ten aż drze za łeb. 
Rozglądała się z ciekawością. Za oknami robiło się coraz ciemniej, co sprawiało, że wcześniej nie rzucający się szczególnie w oczy łagodny blask świec teraz stał się o wiele bardziej widoczny.
Ja wiele jestem w stanie zrozumieć, ale po pierwsze nie z przymiotnikami piszemy łącznie - dlatego "nierzucający". Po drugie - zdanie wymiata. Blask, powtarzam, BLASK stał się bardziej widoczny, powtarzam WIDOCZNY? Czy Ty się czytasz czasami?
   — Chodź za mną, Evelyn.
Alexandra skręciła w lewo i przeszły jeszcze kawałek, zatrzymując się przed błyszczącymi drzwiami ze złoconą klamką, praktycznie nie różniącymi się od innych, które mijały po drodze.
Ponownie nie z przymiotnikiem łącznie, a więc "nieróżniącymi".  Evelyn mimowolnie zaczęła się zastanawiać, jak jej się uda tutaj trafić przy skomplikowanym układzie korytarzy i ich uderzającym podobieństwie. Dodałabym "tak" przed "skomplikowanym" dla podkreślenia i wzmocnienia zdania. 
   — Tutaj będzie twój pokój. Ja mieszkam zaraz obok - rzekła panna Black, pokazując dłonią w kierunku następnych drzwi.
Evelyn wyciągnęła dłoń w kierunku klamki, jednak  Alex powstrzymała ją gestem. Powtarzamy "kierunek", a to bardzo nieładnie.
   — Nie tak od razu... Zamknij najpierw oczy.
Niebieskowłosa uniosła brwi. Niby dlaczego miała zamykać oczy? Czyżby wnętrze było aż tak okropne? Mimowolnie zaczęła się obawiać, co zastanie w środku. Jednego była pewna - na telewizor czy inne mugolskie sprzęty nie mogła liczyć.
Nadużywasz słowa "mimowolnie". Wiem, że pięknie i poważnie brzmi, ale nie przesadzajmy. 
   — Po co?
Alex jednak położyła chłodne dłonie na jej oczach, skutecznie uniemożliwiając jej podglądanie.

   — Wchodź.
Evelyn, z zasłoniętymi oczami, wykonała polecenie. Wymacała klamkę i nacisnęła ją, a kiedy usłyszała skrzypnięcie, wsunęła się do środka. Dopiero po przejściu kilku kroków Alexandra zabrała dłonie z jej twarzy.

Dziewczyna zamrugała powiekami. Jej oczom ukazał się ogromny pokój, jakieś trzy razy większy od jej nowojorskiej sypialni i zupełnie inaczej umeblowany.
Wszystko super, ale zwrot "jakieś trzy razy" jest tak dokładny jak określenie miary zwrotem "pi razy drzwi". Zamień to na coś sensownego. Wystrój jednak był o wiele bardziej delikatny niż w mającym wyglądać reprezentacyjnie salonie. "Mającym wyglądać" czy może raczej "wyglądającym"? Sypialnia była staroświecka i wyglądała jak żywcem wyrwana z początków dwudziestego wieku, ale mimo wszystko, z miejsca przypadła do gustu nawet przywykłej do nowoczesności Evelyn. Za dużo kolokwializmów! Zwroty "żywcem wyrwana" oraz "z miejsca przypadła" są ohydne. Proponuję: "Sypialnia wystrojem do złudzenia przypominała wnętrza rezydencji pałacowych z początków XX wieku i - o dziwo - od razu przypadła do gustu, przywykłej do nowoczesnych rozwiązań, Evelyn." Lepiej?
Znajdowało się tu kilka okien, teraz szeroko otwartych; zawieszone wokół nich muślinowe zasłony falowały delikatnie na ciepłym wietrze. Było też wielkie łoże z baldachimem misternie haftowanym w róże, puszyste dywany na podłodze wyłożonej błyszczącym parkietem, a ściany obite były jasną, marszczoną tapetą.
Coś mi tu nie gra... Może dlatego, że wyliczasz co znajdowało się w pokoju i z nagła wyskakujesz ze spójnikem, który spełnia tutaj rolę przeciwstawnego. Proponuję: "Pośrodku pokoju na wyłożonej błyszczącym parkietem podłodze stało wielkie łoże.". Możesz oczywiście dopisać coś o dywanach i tapetach, jeśli się upierasz, ale sugeruję to zrobić w oddzielnym zdaniu. Były też zdobione meble z ciemnego, wyglądające na dość stare, drewna, a także kolejne obrazy, tym razem nie przedstawiające ludzi, a urokliwe pejzaże. To zdanie jest niestylistyczne i podejrzewam, że to wina tego nieszczęsnego drewna. Przeczytaj proszę to zdanie powoli, skup się mocno! Zastanawiam się czy to przypadkiem nie jest wina potknięcia fleksyjnego, bo gdybyś napisała "wyglądającego na dość stare" miałoby to jakieś ręce i nogi. Nieco krótkie ręce i nogi, ale zawsze coś. Moja propozycja: popracować nad tym zdaniem. Z tymi ludźmi też żeś wyskoczyła, jak Filip z konopii. Może "portrety" byłyby lepsze?
Pokój, choć całkowicie niepodobny do mugolskiego mieszkania Grantów, do którego zawsze była bardzo przywiązana, zrobił na niebieskowłosej duże wrażenie.

  — Całkiem tu... ładnie - powiedziała cicho, powoli podchodząc do okna i wyglądając na zewnątrz.
Mamy dwie czynności, które według Ciebie następują jednocześnie, czyli Evelyn podchodzi do okna i wygląda przez nie w tym samym czasie. Jak można tego dokonać?
Roztaczał się stąd piękny widok na otaczający rezydencję ogród, który w zapadającym zmierzchu wyglądał naprawdę magicznie. "Roztaczał (...) na otaczający" - sama widzisz, że to się kupy nie trzyma, prawda? 
   — Udało mi się namówić babcię na małe przemeblowanie.
Evelyn uśmiechnęła się do Alex, czując, że zaczyna ją lubić coraz bardziej.

   — Dzięki, Alex - powiedziała, obejmując ją delikatnie.
Resztę wieczoru spędziły, leżąc na cudownie mięciutkim dywanie na środku pokoju i rozmawiając cicho, czując na twarzach powiew rześkiego powietrza płynącego z otwartych okien.
Wyrzuciłabym to "na środku pokoju", albo zmieniła szyk zdania. Poza tym przeładowałaś odrobinę z imiesłowami, znów wszystko dzieje się w tym samym czasie; to prawda, że teraz jest to przynajmniej wykonalne, ale to nie zmienia faktu, że brzmi kiepsko.


Prolog - Rozdział I - Rozdział II
 

5 komentarze:

Jamie Grant pisze...

Ok, rozdział drugi poprawiony ^^. A co do tego blasku, to miałam na myśli, że jak był dzień, to nie było go widać ^^. Przecież w domu jak się oświeci światło to też w dzień go tak nie widać jak w nocy, kiedy na zewnątrz jest ciemno ;PP.

Unknown pisze...

Jak na moje, to kiedy jest widno w ogóle nie zapala się światła w domu ;)

Jamie Grant pisze...

Ale świeczki w magicznych domach to chyba raczej cały czas były, przynajmniej w Hogwarcie ;P. wgl dom babki Evelyn to bardzo staroświecki był.
Wiem, że jest monotonnie, ale opowiadanie dopiero się rozwija, a chciałam jak najlepiej zarysować postać Niebieskiej oraz świat przedstawiony ^^.

Unknown pisze...

Jak uważasz. Mnie osobiście wydaje się, że w sali, w której są okna nie jest konieczne rozpalanie świec w ciągu dnia. Nieważne czy to Hogwart, czy dom babci czarownicy. Ale zrobisz jak zechcesz :)

Jamie Grant pisze...

Hej, co z trzecim rozdziałem?

Prześlij komentarz