Z zapałem zabieram się za rozdział pierwszy opowiadania, które w całości przeczytacie na http://niebieskie-marzenia.blogspot.com
Rozdział I
Podróż
świstoklikiem z całą pewnością nie należała do najprzyjemniejszych
doznań, ale na szczęście trwała bardzo krótko. Przyzwyczajone do "cywilizacji" kobiety musiały czekać na świstoklik. A samolotem to nie łaska? Zaskakujące, że całkowicie zapomniały o mugolskich środkach transportu. Dziwię się sobie, że wspominam o tym dopiero teraz... Zaledwie kilkanaście
sekund po chwili, gdy Evelyn zacisnęła drobną dłoń na mieniącej się
błękitną poświatą butelce i poczuła, że coś strasznie szybko ciągnie ją w
przód, zdała sobie sprawę, że jej nogi dotknęły ziemi. Bardzo skomplikowałaś konstrukcję ostatniego zdania. Dłuższego się nie dało, co? Przez to stało się trudne w odbiorze, że nie wspomnę już o błędach interpunkcyjnych, które się w nim rozmnożyły jak króliczki na wiosnę. Poprawne i lepsze zdania: Kiedy tylko Evelyn dotknęła mieniącej się błękitną poświatą butelki, poczuła szarpnięcie wprzód i dziwne uczucie w żołądku. Zaledwie kilkanaście sekund później zdała sobie sprawę, że jej nogi dotknęły ziemi. Była tym tak
zaskoczona, że straciła równowagę i wyłożyła się jak długa na ziemi, w
ostatniej chwili wyciągając przed siebie ręce. Oczywiście mamy tu powtórzenie, dzięki niefortunnemu użyciu frazeologizmu. Dobrze byłoby je zastąpić zwykłym orzeczeniem z jakimś zmyślnym dopełnieniem, na przykład: i upadła na trawiaste podłoże, w ostatniej chwili wyciągając przed siebie ręce. Wypuściła butelkę, która
potoczyła się po ścieżce, po czym otworzyła oczy i rozejrzała się. To brzmi zupełnie tak, jakby butelka otworzyła oczy. Należy zmienić całkowicie konstrukcję tego zdania. Jej
matka stała pewnie na nogach, mrużąc oczy od oślepiającego słońca.
Evelyn
nawet nie zdążyła się zdziwić, że był środek dnia; zaklęła cicho pod
nosem, podnosząc się i otrzepując swoje pochlapane farbami spodnie, po
czym pospiesznie rozejrzała się dookoła. Znów mamy powtórzenia. Oczy powtarzają się w tym fragmencie dwa razy. Ponadto dwa razy znajduje się tutaj zestawienie przyimka z zaimkiem "po czym". Jest całe mnóstwo synonimów dla tego zestawu, jednak upierałabym się raczej na rozdzieleniu tego zdania. Stały na dość szerokiej,
wybrukowanej alejce, po obydwu stronach obsadzonej rozłożystymi
drzewami. Spomiędzy ich gałęzi przeświecało błękitne niebo, miejscami
zasnute białymi obłokami, a w oddali widać było zielone łąki. Jasne, a w drugiej części były smoki. Twoje bohaterki mogły dostrzec coś między gałęziami, ale spomiędzy czegoś raczej coś wystaje, nadając tym samym literackiemu obrazowi trójwymiarowości. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić nieba, które się wychyla zza drzewa. W dodatku dowiedziałam się jeszcze, że za niebem, w oddali były łąki. Niestety wiem, że miałaś coś innego na myśli, ale moje czarne wizje wynikają z komicznej konstrukcji zdań. Widok,
choć tak malowniczy, z pewnością nie przypadł do gustu Evelyn, która w
końcu przywykła do cywilizacji, a tutaj, jak okiem sięgnąć, ani jednego
budynku. Powtarzam - Twój narrator jest wszechwiedzący! Nie musisz dodawać zapewnień w stylu: "z pewnością", czy "naprawdę", ponieważ każdy czytelnik wierzy narratorowi i bez tego. Inna kwestia jest taka, że cywilizacja to nie tylko budynki, a więc brak jakiejkolwiek budowli w zasięgu wzroku nie musi koniecznie oznaczać, że nie doprowadzono w to miejsce prądu.
— Już jesteśmy? A gdzie jest to piękne domostwo, o którym tyle
opowiadałaś? - spytała, a w jej głosie, oprócz żalu, można było
dosłyszeć także cień sarkazmu. Niepotrzebnie stworzyłaś wtrącenie "oprócz żalu", pozbądź się tych przecinków. "Nutkę sarkazmu", a nie "cień".
Matka drgnęła, wyrywając się z zamyślenia, po czym przeniosła wzrok z otaczających aleję drzew na swoją niebieskowłosą córkę.
— Tak, jesteśmy we właściwym miejscu - potwierdziła cicho, po czym
ujęła Evelyn za rękę. — Ale najpierw musimy jeszcze kawałek dojść.
Grzeczność wymaga, aby nie teleportować się wprost do czyjegoś domu. Kolejny raz borykamy się z problemem powtarzającego się już niemal cyklicznie zestawu "po czym". Spróbuj to pozamieniać, ewentualnie spraw, aby czynności opisywane nie następowały jedna po drugiej, a jednocześnie.
— Nawet do domu babci?
— Cóż, babcia zawsze bardzo poważnie podchodziła do tego typu kwestii.
Oczywiście uprzedziłam ją o naszym przybyciu, jednak wolę na niej
wywrzeć jak najlepsze wrażenie.
Dziewczyna prychnęła sceptycznie, wsuwając blade ręce do kieszeni rozciągniętej bluzy. To trochę kuriozalne, że córka chce wywrzeć wrażenie na własnej matce. Z tekstu wynika, że utrzymywały ze sobą kontakt cały czas, więc powinny raczej wiedzieć czego się spodziewać.
— Tu jest zbyt pusto. Brakuje mi miejskiego gwaru - mruknęła, z ponurą
miną wpatrując się w falujące wdzięcznie na wietrze trawy. Takie ładne zdanie, a przez tę inwersję sprawia wrażenie "językołamacza". Z pewnością
były przepiękne, jednak w obecnej chwili Evelyn nie potrafiła się
cieszyć z takich rzeczy. Ta cała przeprowadzka zbyt nagle spadła jej na
głowę, skutecznie odzierając ją z wcześniejszej radości życia i
zastępując ją myślami pełnymi pesymizmu. "Ta cała przeprowadzka" brzmi okropnie i w dodatku jest swego rodzaju animizacją. Może "informacja o przeprowadzce"?
— Jeszcze zmienisz zdanie, Evelyn. - Jeanne Grant wywróciła oczami. —
Spędziłam tu całe swoje dzieciństwo i uwierz, nigdy nie narzekałam.
— Ja nie jestem tobą, mamo.
— Evelyn...
— Kiedy wrócimy do Nowego Jorku?
Matka
nie odpowiedziała, uznając, że nie ma sensu przekonywać dziewczyny do
swoich racji. Evelyn zawsze była niesamowicie uparta i przekorna, zawsze
musiała postępować dokładnie na odwrót niż ktoś oczekiwał. Już jako
dziecko lubiła sprawiać problemy, czerpiąc wyraźną radość ze złości i
zniecierpliwienia matki, i potrafiąc zręcznie wykorzystać pobłażliwość
ojca. Dialog był w porządku. Jednak mam pewne wątpliwości co do fragmentu następującego po nim, ponieważ nadużyłaś spójnika "i". Spróbuj to jakoś porozdzielać.
Dziewczyna
była niemal całkowicie pewna, że obojętnie jaki okaże się dom babci i
nowa szkoła, nigdy w pełni ich nie polubi. W myślach pomstowała na swoją
rodzicielkę, która wyrwała ją z dawnego życia, nie pytając jej nawet o
zdanie."Wyrwała" w tym kontekście nie brzmi zbyt dobrze. Może raczej "odebrała jej dawne życie"? Wydaje mi się, że nadaje więcej dramatyzmu.
Choć
panna Grant najczęściej była radosną optymistką, spoglądającą na świat
przez różowe okulary, to jednak teraz zachowywała się zupełnie inaczej
niż zwykle. Określiłaś już jak zwykła się zachowywać panna Grant, więc niepotrzebnie dodałaś to "niż zwykle". Znikła gdzieś charakterystyczna dla niej beztroska; w tym
momencie dziewczyna była wyjątkowo spięta i podenerwowana, a w głębi
duszy przepełniały ją obawy. Rozumiem, że przy czasowniku "znikać" możliwa jest oboczność i to co napisałaś jest niewątpliwie poprawne. Niestety jednak nie przepadam za tym słowem, wolę "zniknęła", ale potraktuj to jako moją luźną dygresję, nikomu do niczego niepotrzebną.
Przez chwilę grzebała ręką w kieszeni bluzy, po czym wyjęła z niej mugolską gumę do żucia i wepchnęła ją do ust, nie zważając na obecność matki. No tak jakby żucie gumy było czynem obscenicznym i godnym nagany! Nie rozumiem w czym obecność matki jej przeszkadza. Evelyn właściwie już od dzieciństwa zachowywała się bardziej jak mugolka niż czarownica, co przez większość życia matce niezbyt przeszkadzało. Nie była wprawdzie zbyt zadowolona z faktu, że córka jeździła na deskorolce, zadawała się ze swoimi niemagicznymi rówieśnikami i ubierała się na ich podobieństwo, ale z reguły nie zakazywała jej tego otwarcie, zachowując się wobec młodej Grant dość chłodno i obojętnie. Dopiero niedawno, od czasu zniknięcia Michaela Granta, Jeanne stała się bardzo nerwowa i wybuchała z byle powodu. Gdybyś w tym momencie usunęła nazwisko Michaela opowiadanie zyskałoby na tajemniczości. Podanie nazwiska od razu nasuwa powiązania rodzinne z głównymi bohaterkami, a na tym etapie jest to jeszcze niepotrzebne. Przez całe wakacje, Evelyn, gdy tylko mogła, znikała z mieszkania na całe dnie, snując się po mieście i próbując przeczekać zmienne humory swej rodzicielki. Przez tę zawikłaną konstrukcję zdania zrobił się mały "przecinkowy" bałagan. Spróbuj przekształcić to zdanie. Sama także bardzo przejmowała się faktem, że pewnego czerwcowego dnia jej ojciec nie wrócił z pracy, lecz okazywała to w nieco inny sposób niż matka; stała się jeszcze bardziej zbuntowana i nieznośna, zaczęła nosić bardziej wyzywający makijaż, a na wszelkie krytyczne uwagi reagowała wściekłością i irytacją. Na Twoim miejscu ciągle wstrzymywałabym się z ujawnianiem tożsamości zaginionego. Przynajmniej przez kilka rozdziałów - w przeciwnym razie czytelnik może się znudzić i zaniechać czytania, bo wszystko ma podane jak na tacy.
Przez chwilę grzebała ręką w kieszeni bluzy, po czym wyjęła z niej mugolską gumę do żucia i wepchnęła ją do ust, nie zważając na obecność matki. No tak jakby żucie gumy było czynem obscenicznym i godnym nagany! Nie rozumiem w czym obecność matki jej przeszkadza. Evelyn właściwie już od dzieciństwa zachowywała się bardziej jak mugolka niż czarownica, co przez większość życia matce niezbyt przeszkadzało. Nie była wprawdzie zbyt zadowolona z faktu, że córka jeździła na deskorolce, zadawała się ze swoimi niemagicznymi rówieśnikami i ubierała się na ich podobieństwo, ale z reguły nie zakazywała jej tego otwarcie, zachowując się wobec młodej Grant dość chłodno i obojętnie. Dopiero niedawno, od czasu zniknięcia Michaela Granta, Jeanne stała się bardzo nerwowa i wybuchała z byle powodu. Gdybyś w tym momencie usunęła nazwisko Michaela opowiadanie zyskałoby na tajemniczości. Podanie nazwiska od razu nasuwa powiązania rodzinne z głównymi bohaterkami, a na tym etapie jest to jeszcze niepotrzebne. Przez całe wakacje, Evelyn, gdy tylko mogła, znikała z mieszkania na całe dnie, snując się po mieście i próbując przeczekać zmienne humory swej rodzicielki. Przez tę zawikłaną konstrukcję zdania zrobił się mały "przecinkowy" bałagan. Spróbuj przekształcić to zdanie. Sama także bardzo przejmowała się faktem, że pewnego czerwcowego dnia jej ojciec nie wrócił z pracy, lecz okazywała to w nieco inny sposób niż matka; stała się jeszcze bardziej zbuntowana i nieznośna, zaczęła nosić bardziej wyzywający makijaż, a na wszelkie krytyczne uwagi reagowała wściekłością i irytacją. Na Twoim miejscu ciągle wstrzymywałabym się z ujawnianiem tożsamości zaginionego. Przynajmniej przez kilka rozdziałów - w przeciwnym razie czytelnik może się znudzić i zaniechać czytania, bo wszystko ma podane jak na tacy.
Ruszyły
dalej w milczeniu. Jeanne kilka razy otworzyła usta, aby coś
powiedzieć, jednak widząc zaciętą minę Evelyn, zrezygnowała, w duchu
postanawiając dać córce trochę czasu na oswojenie się z nową sytuacją. Mamy w tym zdaniu zagięcie czasoprzestrzeni, dzięki pomieszaniu czasowników dokonanych z niedokonanymi. Kilka razy otworzyła usta, ale tylko raz zrezygnowała? Zacznijmy od podstaw "otwierała", nie "otworzyła" oraz "rezygnowała" a nie "zrezygnowała". Dodałabym także "za każdym razem rezygnowała".
Dziewczyna
uważnie rozglądała się po otoczeniu, całkowicie różnym od miejskiego
krajobrazu, który był jej tak dobrze znany i towarzyszył dziewczynie
przez zdecydowanie większą część życia. Nie, no błagam, jak to brzmi: "rozglądać się po otoczeniu"?! Chyba raczej po "okolicy". Poza tym napisałabym raczej: "Dziewczyna uważnie rozglądała się po okolicy, tak bardzo różnej od miejskiego krajobrazu, wśród którego spędziła większość życia." Wszędzie, gdzie nie spojrzeć,
były tylko drzewa i łąki. Evelyn z pewnością wiele by dała, żeby znaleźć
się teraz w jakimś normalnym, mugolskim mieście i już miała zamiar
powiedzieć matce coś nieprzyjemnego, kiedy nagle minęły ostatnią kępę
drzew, a jej oczom ukazał się okazały budynek, otoczony rozległym
parkiem. Po raz kolejny wszechwiedzący narrator używa określenia: "z pewnością". On jest pewien, wierzymy na słowo.
Mimowolnie
rozchyliła usta. W przeszłości niekiedy zastanawiała się, jak mogło
wyglądać miejsce, gdzie dorastała Jeanne Grant, a od kilku dni, odkąd
dowiedziała się o wyjeździe, myślała o nim wyjątkowo często. Czy znasz znaczenie słowa "niekiedy"? Idąc za słownikową definicją, to słowo oznacza: "niezbyt często, w nieregularnych odstępach czasu". I sens odpłynął daleko. Choć tak
bardzo niezadowolona i podenerwowana, na podstawie zasłyszanych od matki
informacji, próbowała wizualizować sobie to miejsce, a nawet
podejmowała niezbyt udane próby namalowania go, to jednak nie
spodziewała się tego, co w tym momencie ukazało się jej oczom. Przeczytaj to zdanie powoli. Coś w nim nie gra, prawda? Wycinając wszelkie wtrącenia, wychodzi na to, że "choć tak niezadowolona i podenerwowana, to jednak nie spodziewała się tego co w tym momencie ukazało się jej oczom". Całkowicie pozbawione logiki, prawda? Pora coś z tym zrobić, a może to być na przykład napisanie zdania od nowa.
Domostwo
było naprawdę okazałych rozmiarów; w ścianach gęsto oplecionych
winobluszczem znajdowało się mnóstwo okien, z których z
pewnością roztaczał się wspaniały widok na okoliczne pola i lasy.
No z tym widokiem, to panna trochę przesadziła... Przy opisywaniu budynku z zewnątrz mówi się o tym, co akurat główne bohaterki widzą i mogą dostrzec, a nie o tym co zobaczą po wejściu do domu. Evelyn, jako artystyczna dusza, mimo dręczących ją obaw i buntowniczego
nastroju, mimowolnie zachwyciła się budowlą i jej najbliższym
otoczeniem. Na kilka sekund przestała rozmyślać o tej
nagłej przeprowadzce i zaczęła zastanawiać się, jak wyglądałby stojący
przed nią budynek, gdyby tak spróbować uchwycić go ołówkiem na
papierze. Cóż... Śmiem twierdzić, że wyglądałby podobnie, z tą tylko różnicą, że wówczas byłby rysunkiem. Zdanie do wyrzucenia. Zaczęła już w myślach kreślić linie na nieistniejącej kartce,
kiedy nagle przypomniała sobie swoje stare mieszkanie. Swój prawdziwy
dom. W tym momencie poczuła się jak zdrajczyni i pospiesznie zdusiła w
sobie te bardziej optymistyczne myśli, ponownie przybierając
naburmuszoną minę, która w poprzednich latach gościła na jej twarzy
niezwykle rzadko. No i dalej poszło sprawnie, zamieniłabym tylko "nieistniejącej" na "wyimaginowanej", i to już w ogóle byłoby super.
Matka,
do tej pory idąca w milczeniu obok niej, jakby dostrzegła wahanie
dziewczyny, gdyż uśmiechnęła się nieco pokrzepiająco i pociągnęła ją
łagodnie ścieżką w kierunku osadzonych w ścianie rezydencji drzwi,
wielkich oraz drewnianych. Kilka spraw. Po pierwsze ścieżką się nikogo nie ciągnie, bo to brzmi strasznie. "Pociągnęła ją łagodnie za rękę, kierując się wybrukowaną ścieżką, prowadzącą wprost do drzwi" już lepiej brzmi. Po drugie ten opis "wielkich oraz drewnianych" rozbawił mnie do łez, przypominając o latach młodzieńczych, kiedy to w szkole podstawowej kreśliło się pierwsze zdania. Darowałabym to sobie, ewentualnie po kropce zaczęła od jednego ładnego zdania opisującego majestatyczne, drewniane, przeżarte przez korniki drzwi z mosiężną klamką wielkości bochenka chleba.
Zatrzymały
się tuż przed nimi i Jeanne puściła wreszcie rękę Evelyn. Dziewczyna z
ulgą wsunęła ją do kieszeni bluzy, po czym spojrzała w bok. Dopiero
teraz dostrzegła, że wzdłuż ścieżki, na krawędzi wypielęgnowanego
trawnika, rosły chyba najdziwniejsze rośliny, jakie dotąd widziała.
"Chyba"? Czemu nie jest pewna, że TAK, są to najdziwniejsze rośliny? Luki w pamięci? Alzhaimer? Miały niewielkie, fioletowo-różowe kwiaty, a ich liście kołysały się
delikatnie, mimo że nie było wiatru. Zdecydowanie nie były to zwyczajne
rośliny, które widywała czasami w oknach mugolskich mieszkań.
W
czasie kiedy mama zastukała kołatką w drzwi, Evelyn pochyliła się nad
jedną z owych roślin i delikatnie musnęła dłonią pojedynczy kwiat. Pod
wpływem jej dotyku roślinka zaczęła się zwijać i marszczyć, a dotknięty
przez nią pąk zamknął się szczelnie. Pukamy i stukamy raczej "do drzwi". Pukanie w drzwi również jest formą poprawną, aczkolwiek przez wzgląd na swoje znaczenie mniej skuteczną. Dziewczyna uniosła brwi i już miała
spytać, co to jest, kiedy nagle drzwi rozwarły się i stanęło w nich
stworzenie tak dziwaczne, że na jego widok Evelyn natychmiast zapomniała
o intrygujących kwiatach.
Ów
stwór był niewielki i przygarbiony, z dużą łysą głową z której
sterczały wielkie, szpiczaste uszy i nos przypominający ołówek, a
odziany był w coś, co do złudzenia przypominało biały ręcznik albo
obrus. Evelyn nigdy jeszcze nie widziała podobnej istoty, w końcu przez
całe życie mieszkała w świecie mugoli. Czy jednak nie uczęszczała do Szkoły Magii w Nowym Jorku? Czy tam nie było podobnych istot, jak mniemam z opisu, skrzatów?
— Mamo... Co to jest? - spytała, wpatrując się w stworzenie z obawą.
Odruchowo
cofnęła się nieco w tył, jednak zupełnie zapomniała o tym, że siedzi w
kuckach, przez co wylądowała we wcześniej oglądanych roślinach. Nie pamiętam kiedy dziewczyna kucnęła. Zdaje mi się, że wcześniej pisałaś o tym, że się "pochyla", a to dwie całkowicie różne czynności. Poza tym - trzeba być niezłym wariatem, żeby w sytuacji potencjalnego zagrożenia zapomnieć o tym jaką pozę się przybrało.
Pani
Grant już otworzyła usta, gdy nagle, tuż za stworzeniem, pojawiła się
jakaś nieznana Evelyn kobieta. Nie była młoda; miała srebrzyste włosy
spięte nad karkiem w ciasny kok, jej szare oczy o dumnym spojrzeniu
otoczone były zmarszczkami, a na sobie miała długą do ziemi, wymyślnie
haftowaną szatę. Zdecydowanie nie wyglądała ona na osobę, obok której
można było przejść obojętnie, a z jej postawy emanowała pewnego rodzaju
chłodna godność. Czymże jest "chłodna godność"? Mam nieodparte wrażenie, że to kolejny grafomański wybryk.
Przez
chwilę spoglądała z powagą na wyraźnie zmieszaną Jeanne, następnie
przeniosła wzrok na leżącą na ziemi Evelyn i w tym momencie na jej czole
pojawiła się maleńka zmarszczka. Ponownie przeniosła wzrok na matkę
dziewczyny, po czym niespodziewanie wygięła swoje wąskie usta w grymas,
nie bardzo przypominający uśmiech. Zamieniłabym "i w tym momencie" na zwykłe "a". Stylistycznie o wiele lepiej.
— To ty, Jeanne? - spytała cicho.
Głos
miała wyraźny, ale jednocześnie jakby nieco oschły. Epitety takie jak "wyraźny" i "oschły" nie są dla siebie przeciwieństwami, dlatego nie rozumiem skąd tutaj użycie spójnika przeciwstawnego. Zupełnie, jakby nie
przywykła do okazywania jakichkolwiek uczuć. Ten chłód nieco przeraził
Evelyn, tak, że zastygła nieruchomo, bacznie wpatrując się w swoją
matkę, która podeszła do starszej kobiety i zupełnie nieoczekiwanie
objęła ją. Był to jednak gest dość sztuczny i przepełniony chłodem. Co Ty masz z tym chłodem? Znów występują powtórzenia, pozwól, że pomogę - gest, o którym tu mowa, może być na przykład: afektowany, nienaturalny, pompatyczny. Jeśli się upierasz przy temperaturze: oziębły, beznamiętny, oschły, wyrachowany (choć to może przesada), czy też obojętny.
— Tak, mamo. To ja. Pisałam przecież, że przyjedziemy - powiedziała po
chwili, a w jej oczach zalśniła pojedyncza łza wzruszenia, tak jakby
cieszyła się, że widzi swoją matkę i dom, w którym się wychowywała. Zapytam retorycznie: czy wszechwiedzący narrator wie, jakie uczucia towarzyszą bohaterom opowiadania? Dlaczego zatem "tak jakby cieszyła się"?
Kobieta
jednak ponownie spojrzała na Evelyn, przez dłuższą chwilą lustrując jej
niebieskie włosy i oczy mocno obwiedzione kredką, oraz jej niedbały,
mugolski ubiór. Mamy literówkę (pierwszą; jestem pod wrażeniem) w słowie "chwilą". Chwilę zastanawiałam się nad tym przecinkiem przed spójnikiem łącznym "oraz" i doszłam do wniosku, że aby rozwiać wszelkie wątpliwości, należałoby usunąć to nieszczęsne "i", wstawiając zamiast niego przecinek. Jest zbędne, ponieważ cały czas wymieniasz, co lustrowała kobieta. Potem należałoby usunąć przecinek sprzed spójnika "oraz" i voila! Gotowe! Uniosła brwi, najwyraźniej zastanawiając się, kim może
być owa młoda osóbka.
— Mamo, to Evelyn, twoja... wnuczka - powiedziała nieoczekiwanie
Jeanne, po czym zwróciła się do córki. — Evelyn, poznaj swoją babcię.
Dziewczyna,
speszona, pośpiesznie podniosła się z ziemi i spojrzała na starszą z
kobiet, która okazała się być jej babką. Utrudniasz sobie życie, mogłaś po prostu napisać "speszona dziewczyna", oszczędzając wszystkim zaburzeń w płynności czytania. Nigdy wcześniej jej nie
widziała; matka czasami o niej opowiadała i pokazywała zdjęcia, jednak
do tej pory nie było okazji spotkać się i poznać.
W
oczach seniorki dostrzegła coś na kształt rozczarowania. Może lepiej byłoby "cień rozczarowania"? Kobieta wciąż
nie przestawała się jej przyglądać, ale nie wyglądała na zachwyconą tym,
co widzi. Jej spojrzenie zmroziło dziewczynę, która poczuła, że resztki
jej radości znikają gdzieś, zastąpione przez niepewność. Znów mieszasz czasy w opowiadaniu - kobieta cały czas przygląda się dziewczynie, aż tu nagle "Evelyn zmroziło (jedno) spojrzenie". Nigdy jeszcze
nikt nie spoglądał na nią w taki sposób. Spojrzenie siwowłosej starowiny
było tak przenikliwe, iż Evelyn miała wrażenie, jakby jej oczy
przewiercały ją na wylot, docierając aż do samego środka jej duszy. Widzę pewien postęp - zaczęłaś rozbijać zdania i to przynosi dobre skutki. Zamień tylko to "iż" na normalne, ludzkie "że".
— To naprawdę twoja córka, Jeanne? - spytała nagle, podchodząc do
Evelyn i ostrożnie dotykając jej niebieskich włosów, jakby upewniając
się, czy są prawdziwe.
Dziewczyna mimowolnie zastanowiła się, czy starsza kobieta wie o jej metamorfomagii. Postanowiła jednak się nie odzywać. Wie o "jej darze do metamorfomagii" jest lepszą konstrukcją stylistyczną.
— To Evelyn. Pisałam ci o niej, mamo - odpowiedziała Jeanne,
zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze zrobiła, decydując się na
przeprowadzkę akurat do domostwa swojej matki.
Mogła
przecież wybrać każde inne miejsce. Każde. Ale pewne stare sentymenty i
tęsknota skłoniły ją do powrotu w miejsce dorastania, mimo, że przed
laty uciekła stąd, pragnąc porzucić dotychczasowe życie. Mam cię! Związku "mimo że" nie rozdzielamy przecinkiem! Jest to jeden z nielicznych wyjątków, w których przed "że" nie stawiamy przecinka. Jeanne dawna
żywiła też skryte pragnienie, że pewnego dnia zabierze tutaj Evelyn i
pokaże jej, jak żyła będąc w jej wieku. Zjadłaś słowo, albo coś zamotałaś, bo to zdanie nie ma sensu. Wydaje mi się, że w zamyśle miało być "od dawna". Chociaż jej matka nigdy nie
przejawiała zainteresowania osobą Evelyn, Jeanne była pewna, że kobieta
chętnie pozna swoją jedyną, nigdy nie widzianą wnuczkę. Nie z przymiotnikami piszemy łącznie, a więc "niewidzianą".
Prawda okazała się być nieco inna. Przez te dziewiętnaście lat Mary Black zupełnie się nie zmieniła, i wciąż była osobą równie oschłą i wyniosłą, jak w czasach młodości Jeanne. To właśnie te cechy były jednym z powodów jej wyjazdu do Nowego Jorku zaraz po ukończeniu Hogwartu. Kto wyjechał? Uciekł nam podmiot z tego zdania. Albo raczej nie uciekł, a zagubił się w dziwnej konstrukcji i sam już nie wie kim jest. Choć przez te lata łudziła się, że może z wiekiem matka złagodniała i zmieniła swoje spojrzenie na świat oraz ludzi, najwyraźniej jednak wciąż była tą samą, zimną osobą, co dawniej.Ta sama historia, co ździebko wyżej. Czytelnik się gubi - kto, gdzie, z kim i którędy.
Prawda okazała się być nieco inna. Przez te dziewiętnaście lat Mary Black zupełnie się nie zmieniła, i wciąż była osobą równie oschłą i wyniosłą, jak w czasach młodości Jeanne. To właśnie te cechy były jednym z powodów jej wyjazdu do Nowego Jorku zaraz po ukończeniu Hogwartu. Kto wyjechał? Uciekł nam podmiot z tego zdania. Albo raczej nie uciekł, a zagubił się w dziwnej konstrukcji i sam już nie wie kim jest. Choć przez te lata łudziła się, że może z wiekiem matka złagodniała i zmieniła swoje spojrzenie na świat oraz ludzi, najwyraźniej jednak wciąż była tą samą, zimną osobą, co dawniej.Ta sama historia, co ździebko wyżej. Czytelnik się gubi - kto, gdzie, z kim i którędy.
— Ona jest... Dość osobliwa - powiedziała babcia powoli, starannie
ważąc słowa i wpatrując się w Evelyn tak, jakby ją oceniała. Nie "tak, jakby ją oceniała", bo ona ją ocenia. W końcu widzi ją pierwszy raz, a jak to mawiali okrutni Rzymianie: "pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz!".
Nie
wydawała się jednak zachwycona tym, co widzi. Kiedy Jeanne pisała jej o
wnuczce, Mary Black była pewna, że ujrzy ładną, dobrze wychowaną
panienkę, a tymczasem stała przed nią najprawdopodobniej bezczelna,
niebieskowłosa dziewucha w mugolskich ubraniach. Evelyn jeszcze nie wypowiedziała przy babci ani jednego słowa. Skąd zatem domniemanie jej bezczelności? Kobieta nie należała do
osób zbyt tolerancyjnych; mugoli zawsze uważała za coś gorszego i nie
miała najmniejszego zaufania do wszelkich ich wytworów. Tymczasem
Evelyn, będąca jej rodzoną wnuczką, wyglądała i zachowywała się
zupełnie, jakby nie miała w sobie ani grama magii. Jak można "nie mieć w sobie magii"? Kaszana straszna. Może raczej: "jakby w jej żyłach nie płynęła szlachetna krew czarodzieja"? W tej chwili stała,
nonszalancko kołysząc się na piętach i żując gumę, a w jej spojrzeniu
nie było ani cienia szacunku czy pokory wobec starszej osoby. Mary była
tym naprawdę przerażona. Evelyn jawiła jej się jako dziecko zepsute,
mające zadatki na czarną owcę rodziny. No to Ci się prawie udało, bo potrafiłam wyobrazić sobie tę scenę. Mówię "prawie", ponieważ te "zadatki na czarną owcę" mi zgrzytają.
— Nigdy bym nie pomyślała, Jeanne, że tak rozpuścisz swoje dziecko.
Jeanne
Grant uciekła wzrokiem w bok, jakby i ona nie potrafiła wytrzymać
wzroku pani Black. Wyraźnie zawahała się, jednak milczała, postanawiając
pozostawić te wyrzuty bez komentarza."Jakby i ona nie potrafiła wytrzymać"? Po pierwsze "znieść oskarżycielskiego wzroku" to fragment, który ja tu widzę. Po drugie - nie przypominam sobie, żeby Evelyn miała trudności ze zniesieniem wzroku babci.
Evelyn
z pewnością nie była zachwycona słowami swojej babci ani brakiem odzewu
ze strony mamy. Spodziewała się, że rodzicielka stanie w jej obronie,
jednak tak się nie stało. Jeanne Grant wciąż była bierna i zobojętniała.
Zacisnęła
usta, ponownie przenosząc wzrok na babcię. Znów podmiot miota się jak szalony, niepewny swego przeznaczenia! Wygląda to tak, jakby Jeanne zacisnęła usta, a chodzi przecież o Evelyn, prawda? Po opowieściach matki
wyobrażała ją sobie nieco inaczej i poczuła się rozczarowana tym, jak
oschle kobieta ją potraktowała. Wprawdzie ani przez moment nie liczyła
na jakieś czułe powitania, ale łudziła się, że to pierwsze w życiu
spotkanie będzie wyglądało zgoła inaczej. Przysłówek "zgoła" może występować tylko w zdaniu z przeczeniem. "Spotkanie będzie wyglądało zgoła inaczej" - gdzie tu jest przeczenie? Postanowiła sobie jednak, że
nie będzie jawnie okazywać swojego rozczarowania. Na powrót przybrała
obojętną, znudzoną wręcz minę i ostentacyjnie poprawiła wpadające jej do
oczu niebieskie kosmyki, które zapewne bardzo raziły Mary Black,
gdyż starała się nie patrzeć na nie dłużej, niż to absolutnie konieczne.
Byłoby ładnie i rozsądnie, ale znów tworzysz gigantyczne "dżdżownice" zdaniowe, co sprawia, że czytelnik się gubi, ba! Co sprawia, że ty sama się czasem gubisz. Zaraz po otaksowaniu wnuczki wzrokiem, zwróciła się ponownie w kierunku
wyraźnie niepewnej Jeanne, starając się nie dostrzegać niedbałego
przyodziewku stojącej obok nastolatki oraz jej aroganckiej postawy. Widzę to tak: Pani Black otaksowała wzrokiem wnuczkę, po czym zwróciła się ponownie do Jeanne, starając się odwrócić swą uwagę od niedbałego przyodziewku oraz aroganckiej postawy stojącej przed nią nastolatki.
— Może wejdziemy do środka? Iskierka zrobi nam herbaty - zaproponowała
po chwili pani Black, najwyraźniej także zakłopotana dłuższym
milczeniem, które zapadło po jej krytycznej uwadze na temat stroju
Evelyn.
Odwróciła
się na pięcie i z gracją ruszyła w kierunku drzwi rezydencji, nawet nie
upewniając się, czy jej krewne podążają za nią.
Evelyn
spojrzała w drugą stronę, czując, jak pod jej powiekami znowu zbierają
się łzy. Zacisnęła zęby, za wszelką cenę starając się nie wybuchnąć
płaczem. Musiała być dzielna, jeśli chciała przetrwać ten niewątpliwie
trudny czas. Wszystko super, ale wyrzuć ten przysłówek "niewątpliwie". Historia wszechwiedzącego narratora powróciła.
Wtedy jednak ponownie odezwała się do niej matka.
— Idziemy do środka, Evelyn - rzekła, a widząc, że dziewczyna nie
zareagowała, podeszła do niej i znowu, któryś już raz z kolei
dzisiejszego dnia, ujęła ją pod ramię. — Chodź. Babcia nie lubi długo
czekać. "Znowu" oraz "któryś już raz z kolei" mają bardzo podobne znaczenie, więc nie ma potrzeby się powtarzać.
Evelyn
wbiła wzrok w ziemię i pozwoliła się wprowadzić do okazałego,
wyłożonego marmurami holu. Nigdy jeszcze nie była w podobnym miejscu.
Urządzony z przepychem korytarz w niczym nie przypominał zwyczajnego,
mugolskiego mieszkania Grantów. Ściany wręcz ociekały ozdobnikami, a tu i
ówdzie wisiały olejne obrazy w złoconych ramach, przedstawiające
poruszające się postacie. Było też mnóstwo rozmaitych wazonów, rzeźb i
innych bibelotów. Otoczenie, choć bez wątpienia piękne, nie leżało w
guście Evelyn; brakowało mu przytulności i tej prawdziwie rodzinnej
atmosfery. Widząc niezwykle poważne postacie na portretach, dziewczyna
zmarszczyła brwi i westchnęła cicho, myśląc sobie, że nie chciałaby, aby
ktoś ją uwiecznił na płótnie w taki sposób. Nie czuła się tutaj pewnie.
Okazały wystrój przytłaczał ją i wzmagał dojmujące uczucie nostalgii,
natomiast namalowane na obrazach postacie przewiercały ją spojrzeniami
niemal tak intensywnymi jak u jej oschłej babki. Szło bardzo dobrze, ale "klinkło", jak to w żargonie wojskowym mawiają. Kończąc opis zbyt nagle przeskoczyłaś do zdania "nie czuła się tutaj pewnie"; spróbowałabym jakoś to połączyć. Poza tym z ostatniego zdania akapitu wyszło coś dziwnego. Po przeczytaniu pierwszy raz tego ostatniego nieszczęsnego zdania czytelnik zastanowi się: gdzie one są? Wygląda to tak, jakby portrety, które ogląda, przypominały jej wnętrze domu babci. A przecież właśnie u niej są...
Z
ociąganiem ruszyła za matką, która najwyraźniej doskonale wiedziała,
dokąd iść. Poruszała się pewnie po rozległych korytarzach, nie zwracając
większej uwagi ani na ciche westchnienia córki, ani na niosące się echo
ich kroków. W jej oczach Evelyn dostrzegła coś na kształt zamyślenia,
zupełnie jakby kobieta wspominała dawne czasy i próbowała doszukać się
jakichś zmian w dawno nie widzianym otoczeniu. Uno momento... skoro ruszyła ZA matką, to jak mogła dostrzec coś w jej oczach? Poza tym powtórnie: "niewidzianym" piszemy łącznie.
Dotarły
w końcu do salonu; w każdym razie Evelyn uznała, że to właśnie musi być
salon. Całkowicie zbędna jest ta wstawka. Skoro narrator mówi, że to jest salon, to tak ma być i koniec, nieważne kto jak uznał. Pokój ten był naprawdę ogromny. Ściany, podobnie jak w holu,
obwieszone były czarodziejskimi obrazami i gobelinami, widać było
jednak, że są wyklejone aksamitną, marszczoną tapetą, amarantową w
blasku świec, sączącym się z pozłacanych kandelabrów. Uła, ale dowaliłaś. Znów wyszło coś nie tak, bo jak dla mnie to z tego zdania wynika, że obrazy były wyklejone tapetą. W dodatku z tym amarantem też nie wypaliło. Powinno być, na przykład, tak: Ściany wyklejone były aksamitną, marszczoną tapetą, która w świetle sączącym się z pozłacanych kandelabrów przybierała amarantowy odcień. Salon - podobnie jak hol - upstrzony był ruchomymi portretami przodków oraz gobelinami imponujących rozmiarów. Podłoga wyłożona
była parkietem z błyszczącego drewna; tu i ówdzie leżały wymyślne
perskie dywany. Były też kanapy zarzucone haftowanymi poduchami i
wysmukłe stoliki, zdobione kredensy oraz biblioteczki, a także marmurowy
kominek, w którym płonął ogień. Na kanapy proponuję zarzucić jakieś ręcznie haftowane kapy/narzuty, a nie poduszki. Wszystko to było naprawdę niesamowite i
na wskroś przesycone magią, ale jednocześnie bardzo staroświeckie. Cały
salon sprawiał wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj w
latach dwudziestych dwudziestego wieku albo jeszcze wcześniej, a Evelyn,
w swoich poplamionych farbami dżinsach oraz znoszonych trampkach, nagle
poczuła się tu dziwnie nie na miejscu. Rozumiem potworny strach przed używaniem liczebników w opowiadaniach. Jednak wyobraź sobie sytuację, w której autor opisuje przyszłość i rok 10598. Naprawdę myślisz, że zapisze go słownie? Niestety nie. To samo dotyczy wieków. Zapisywanie rzymską cyfrą wieku (w tym przypadku XX) jest poprawne. Jeśli chodzi natomiast o przekaz merytorycznyj, to mam wrażenie, że ten opis bardziej pasuje do początku XIX wieku.
Widząc,
że jej matka usiadła na jednej z kanap, naprzeciwko siedzącej już w
fotelu i sączącej herbatę babci, usadowiła się obok niej i oparła się
nonszalancko o haftowane oparcie. Babcia rzuciła jej krytyczne
spojrzenie, jednak dziewczyna, zrezygnowana, wzruszyła tylko ramionami i
zaczęła od niechcenia bawić się swoimi bransoletkami. Poczuła się nagle
strasznie mała i nic nie znacząca. "Nieznacząca" piszemy łącznie. Choć zwykle była osobą otwartą i
pewną siebie, teraz miała wielką ochotę zapaść się pod ziemię i już
nigdy stamtąd nie wychodzić. Nigdy jeszcze nie przeżyła podobnej
sytuacji. Nawet pierwsze dni w szkole nie były dla niej w połowie tak
stresujące jak spotkanie z nigdy nie widzianą babcią, której postawa
bynajmniej nie zachęcała do rozluźnienia się. Znów "niewidziana"...
— Hmm... Bardzo ładny dom - wymamrotała po chwili niebieskowłosa, nie
mogąc już dłużej znieść kłopotliwego milczenia, które zapadło w salonie. Pierwsze słowa, rzekomo bezczelnej, nastolatki, a w dodatku wyrażające pochwałę. Kreacja bohatera trochę utyka.
Cisza, przerywana jedynie przez ciche podzwanianie zegara i trzaskanie ognia w kominku, była dość niezręczna. To już wiemy, pisałaś o tym zdanie wyżej.
Babcia
nieznacznie skinęła głową, przyjmując komplement, jednak jej spojrzenie
mówiło wyraźnie, że nie wierzy do końca w jego szczerość. Wyprostowała
się jeszcze bardziej, po czym wysączyła kolejny łyk herbaty.
Evelyn
dostrzegła, że na blacie stolika stoją jeszcze dwie filiżanki z
malowanej porcelany. Dyskretnie wyjęła z ust gumę do żucia i zawinęła ją
w papierek, po czym delikatnie ujęła jedną w dłoń i upiła łyk napoju. Coś się pomieszało. Wychodzi na to, że miała dwie gumy i tylko jedną z nich "ujęła" w dłoń. No właśnie "ujęła"; nie sądzisz, że to zbyt górnolotne słowo jak na opis trzymania w ręku przeżutej gumy?
Herbata jednak smakowała dość dziwnie, w niczym nie przypominała mocnej,
czarnej herbaty, którą dziewczyna zwykła pić za dawnych, dobrych
czasów. Dawnych? Startowały o północy, czyli teoretycznie rzecz ujmując, jeszcze wczoraj były te - rzekomo -"dawne czasy". Skrzywiła się lekko, co nie umknęło uwadze Mary Black. Kobieta
wyprostowała się jeszcze bardziej, a jej usta utworzyły wąską kreskę. Powtórzenie: "wyprostowała się jeszcze bardziej". Nie wierzę, że znasz tylko tyle określeń na zmianę pozycji w fotelu.
Jeanne
Grant tymczasem siedziała na kanapie spokojnie, nie zwracając uwagi na
wyraźnie zakłopotaną córkę i przesuwając wzrokiem po stojących na
gzymsie kominka fotografiach, oprawionych w srebrzone ramy. Większość z
nich przedstawiała Mary wraz z jej nieżyjącym już mężem, było też kilka
fotografii małej Jeanne, a także ślubne zdjęcie Grantów, które przesłała
swojej matce przed wielu laty. Poczuła wzruszenie, widząc, że matka,
mimo swojej oschłości i wielu lat utrzymywania jedynie listownych
kontaktów, najwyraźniej pamiętała o córce. Pragnę zaznaczyć, że ciężko jest zapomnieć o małym embrionie, który rozpychał macicę przez 9 miesięcy. Sugeruję delikatnie zmienić ostatnie podrzędne zdanie. Nie było tutaj jednak żadnych
zdjęć Evelyn.
Jeanne zmarszczyła czoło, po czym spojrzała na córkę, następnie przenosząc wzrok na swoją matkę.
— Mamo, wybacz Evelyn jej nieśmiałość. Nie wiem, co w nią wstąpiło,
normalnie usta jej się nie zamykają - rzuciła pośpiesznie, widząc, jak
Mary spogląda wyczekująco na wyraźnie znudzoną wnuczkę, która wierciła
się nerwowo na kanapie. Znudzenie rzadko kiedy można połączyć z nerwowymi ruchami.
Dziewczyna
odwróciła wzrok od obydwu kobiet i po kolei lustrowała poszczególne
elementy wystroju. Nie "lustrowała" tylko "oglądała". Lustracja to dogłębny proces, którego nie da się przeprowadzić w wielkim salonie pełnym bibelotów, siedząc na kanapie. Okazałość salonu w dalszym ciągu przytłaczała ją i
onieśmielała, jednak wszystko było lepsze niż bezczynne wpatrywanie się w
jedno miejsce. Na szczęście wokół było tyle różnych detali, że nie
sposób było siedzieć ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie.
W końcu jednak postanowiła się odezwać, uznając, że warto chociaż udawać zadowolenie.
— Naprawdę tu ładnie. Chociaż dodałabym trochę jaśniejszych kolorów...
Te szkarłatne ściany są trochę ponure. - Evelyn miała nadzieję, że ta
uwaga rozładuje nieco zalegające napięcie.
Lecz seniorka poczuła się dotknięta wypowiedzią swojej ekscentrycznej wnuczki. Z dwóch ostatnich zdań zrobiłabym jedno, oddzielone przecinkiem.
— Moim zdaniem salon wygląda dokładnie tak, jak trzeba. Mniemam, że
wasze mugolskie hmmm... mieszkanie, nie było tak wysmakowane. Westchnienie najchętniej oddzieliłabym trzykropkami z obydwu stron.
Słysząc ledwie skrywaną pogardę w jej głosie, dziewczyna wzdrygnęła się.
— Było bardziej przytulnie.
— Nie bądź bezczelna, dziecko.
— Nie jestem dzieckiem - zaprotestowała Evelyn gwałtownie, jeżąc się na tę uwagę.
Wstała
z kanapy i zaczęła się przechadzać po salonie, nie zważając na to, że
depcze po drogocennych dywanach swoimi znoszonymi trampkami. Choć była
zdenerwowana, to jednak przy jej niewielkim wzroście i wyjątkowo drobnej
budowie ciała, wyglądało to tak komicznie, że nawet tak sztywna osoba
jak Mary Black mimowolnie wygięła swe usta w uśmiechu. "Sztywna" użyte w tym kontekście to paskudny kolokwializm. Synonimów tego potocznego określenia jest mnóstwo, np.: poważna, stateczna, restrykcyjna, surowa, zasadnicza. Do wyboru, do koloru!
Nie
wiadomo było, na ile to jest szczery uśmiech, na ile grymas
satysfakcji. Nawet osoba tak spostrzegawcza i przenikliwa jak Evelyn,
miała spore trudności z rozszyfrowaniem jej. Nie masz wrażenia, że to zdanie jest urwane? Z rozszyfrowaniem jej, ale czego jej? Przerwała swoją nerwową
przechadzkę, ponownie wbijając spojrzenie swoich uderzająco niebieskich
tęczówek w srebrzystoszare, zimne oczy babci.
— Oczywiście, nie jesteś, ale z przykrością muszę stwierdzić, że twoja matka rozpuściła cię. No, "twoja matka", bo niby czyja inna? Bez sensu wprowadziłaś tutaj zaimek dzierżawczy: "twoja". Poza tym w ostatnim zdaniu jest inwersja, powinno być raczej: "matka cię rozpuściła".
— Nikt mnie nie rozpuścił. Jestem po prostu sobą - Evelyn wzruszyła
ramionami, podchodząc do kominka i wpatrując się w stojące na gzymsie
zdjęcia, które chwilę temu obserwowała jej matka. Zabrakło kropki po wypowiedzi.
Jeanne
tymczasem sprawiała wrażenie, jakby nie słyszała tej wymiany zdań.
Przeglądała leżący na pobliskim kredensie album z kolejnymi
fotografiami, najwyraźniej tak bardzo zatracona we wspomnieniach, że
kompletnie straciła kontakt z otaczającą ją rzeczywistością. Powtórzenie: "zatracona" i "straciła". Słownik synonimów macha do Ciebie i krzyczy: "weź mnie, weź mnie!". Nawet nie
zganiła Evelyn za jej bezczelność ani nie zaczęła bronić jej przed srogą
babcią. Po prostu, wyłączyła się. Z przecinkiem wynocha. Przy konstrukcji: "Po prostu się wyłączyła." też byś go wstawiła? Nie? No widzisz, a to jedno i to samo. Nie wspominam już o tym, że "wyłączyć" można jakiś sprzęt, a nie człowieka, bo mi się nie chce rozwodzić nad kolejnym bezsensownym kolokwializmem.
Babcia
przez chwilę zastanawiała się nad słowami swojej wnuczki. Była
wychowywana zupełnie inaczej niż Evelyn; w jej świecie nigdy nie było
miejsca na bycie sobą. Dlatego też nie rozumiała dziewczyny oraz jej
postawy. Zamiast tego, zmarszczyła groźnie brwi, licząc zapewne, że
wzbudzi w nastolatce pokorę. Zamiast czego? I po co Ci ten pierwszy przecinek w ostatnim zdaniu?
— Teraz znajdujesz się w moim domu i musisz podporządkować się panującym tu zasadom - przemówiła poważnym tonem.
Choć
przez większość życia niespecjalnie interesowała się żyjącą po drugiej
stronie Atlantyku rodziną, poważnie dotknięta wyjazdem Jeanne, z którą
po tym wszystkim utrzymywała jedynie bardzo rzadki kontakt listowny, to
jednak nie chciała źle dla wnuczki. Bardzo "rzadki kontakt"? Można się "rzadko kontaktować", a nie mieć "rzadki kontakt", ludzie, litości! W pewnym momencie poczuła nawet
ukłucie wyrzutów sumienia, że nie zainteresowała się Evelyn. Może gdyby
znalazła czas, żeby odwiedzić ją lub chociaż napisać jakiś list
bezpośrednio do niej, może dziewczyna zachowywałaby się inaczej. Powtarzasz "może" - nie wiem czemu niby ma to służyć.
Evelyn prychnęła, a końcówki jej włosów na ułamek sekundy poczerwieniały.
— Nie muszę się niczemu podporządkowywać. Wychodzę - warknęła, po czym
zacisnęła gniewnie usta i wypadła z salonu, zanim babcia zdążyła choćby
otworzyć usta. Powtarzasz "usta".
Biegła
korytarzami, słysząc pełne zaskoczenia pomruki postaci, wymalowanych na
obrazach oraz odgłos swych własnych kroków, niosących się echem po
obszernych korytarzach. Zbędny przecinek po "postaci". Czuła, że jej włosy powoli odzyskiwały już swój
normalny, niebieski kolor, jednak gniew wciąż w niej buzował, nie
pozwalając na racjonalne myśli.
Nigdy
nie przypuszczała, że babcia okaże się być osobą tak zimną i
nieprzyjemną. Przez całe życie zastanawiała się, dlaczego kobieta nigdy
się nią nie interesowała i choć Jeanne w swych listach bardzo dużo
pisała o Evelyn, to jednak babcia kwitowała to krótkimi,
zdawkowymi uwagami. No tym razem wszyszłaś bez szwanku!
Z
coraz większym trudem powstrzymywała się od płaczu. Chyba jeszcze nigdy
w całym swoim życiu nie czuła się tak podle, jak w tej chwili. Prawdę
mówiąc, nigdy tak naprawdę nie była nieszczęśliwa. Zawsze była zdania,
że życie jest zbyt piękne na smutki i naprawdę trudno było ją
wyprowadzić z tej ciągłej radości i optymizmu. Ależ tej prawdy nam się tutaj namnożyło! Wyeliminuj te powtórzenia.
Dotarła
w końcu do drzwi na końcu długiego, wyłożonego marmurami korytarza,
które różniły się od pozostałych, przez co wydały się dziewczynie
całkiem zachęcające. Pospiesznie szarpnęła za klamkę i nie zastanawiając
się nad tym, czy wolno jej wejść, po prostu wsunęła się do środka. Z tymi drzwiami się nie postarałaś, nie podoba mi się pierwsze zdanie. Przecinek przed "czy" jest zbędny.
Okazało
się, że znalazła się w dużej, przeszklonej oranżerii. Poważnie, oszklona oranżeria? A widziałaś kiedyś nieoszkloną? No, ja też nie. Wszędzie, gdzie
nie spojrzeć, znajdowały się rozmaite rośliny i bynajmniej nie
wszystkie były zupełnie zwyczajne. Obok normalnych palm, cytrusów czy
bugenwilli, znajdowały się tu także kwiaty, których Evelyn nigdy w życiu
nie widziała, nawet na obrazkach w magicznych książkach. Co Wy, autorzy opowiadań, macie za dziwny fetysz słowa "bynajmniej"? To słowo, to wzmocnienie zaprzeczenia, które w tym kontekście nie ma prawa bytu. Mimowolnie
zapomniała o swojej wściekłości i z ciekawością zaczęła rozglądać się po
wnętrzu. Słowo "mimowolnie" to inaczej "pomimo woli". Z Twojego zdania wynika, że dziewczyna nie chciała zapomnieć o swoim zdenerwowaniu. Czy tak? Gdzie nie spojrzeć, otaczała ją zieleń poprzetykana tu i
ówdzie innymi kolorami. Praktycznie nie było widać szklanego sufitu i
ścian. Skoro otacza ją zieleń, to logicznym jest, że "gdzie nie spojrzeć" będzie zieleń, a więc znów piszesz dwa razy jedno i to samo.
Stąpała
po ledwie widocznej posadzce ostrożnie, lecz kiedy poczuła, jak coś
muska jej nogę, pisnęła i odskoczyła w bok. Nie "jak", tylko "że". Jej oczom ukazało się grube
pnącze, które najwyraźniej zareagowało na jej ruch. W tej chwili cofało
się z powrotem w głąb rosnących przy ścieżce krzewów o wonnych kwiatach w
kształcie dużych dzwonków.
Evelyn
pochyliła się nad nimi, najwyraźniej zaintrygowana. Zdanie o tej konstrukcji powinno mieć ciąg dalszy, np.; "najwyraźniej zaintrygowana dziwnymi roślinami", w przeciwnym razie wygląda na urwane. Kwiaty wydzielały
przepiękny zapach i już miała wyciągnąć dłoń, aby zerwać jeden z nich,
kiedy do jej uszu dotarł czyjś głos.
— Na twoim miejscu bym tego nie dotykała.
Drgnęła i odruchowo spojrzała w bok.
Po dogłębnej lekturze i szczegółowej analizie pierwszego rozdziału muszę stwierdzić, że akcja rozwija się bardzo powoli. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że nic mnie w tym nie intryguje. Od samego początku wiem, że przeprowadzka jest spowodowana zniknięciem ojca Evelyn. Jedyna zagadka, to jak do tego doszło. Jeśli już wiem, że jej ojciec przepadł bez śladu, a przedstawiasz mi (lub raczej próbujesz przedstawić) niezadowoloną z takiego obrotu spraw nastolatkę, która sprawia wrażenie, jakby o ojcu zapomniała - dziwię się po dwakroć. Spróbowałabym dodać w rozdziale pierwszym choćby mały szkic uczuć Evelyn wobec ojca; jakąś drobną poszlakę, która wskazałaby czytelnikowi, jakie znaczenie dla fabuły będzie mieć ten wątek. Ewentualnie - o czym już mówiłam - całkowicie wyeliminowałabym ujawnianie tożsamości zaginionego. Plusem opowiadania jest to, że opisy równoważą liczbę dialogów - udało Ci się znaleźć złoty środek. Niestety jednak większość z tych opisów jest przedumana i przesadzona; brakuje im lekkości. Dialogom, na tym etapie, nie mogę nic zarzucić, poza umykającą gdzieniegdzie interpunkcją.
Zatrzymam się jednak na dłużej przy kreacji bohaterów. Rozgoryczona, obrażona na cały świat panna Evelyn ma w całej swojej konstrukcji literackiej pewne nieścisłości. Próbowałaś pokazać ją jako bezczelną i arogancką - nie wyszło. Buntownicza natura ma to do siebie, że się nie ugina, dlatego dziwię się, że Evelyn pozwala sobie na tak śmiałe komplementy wobec babci, która od początku jest wobec niej nieuprzejma. Rozumiem, że być może nie chciałaś przesadzać, ale już w tym momencie musisz jasno określić i naznaczyć charakter Evelyn, aby czytelnik zdążył się do niej przyzwyczaić, lub - jeśli taki jest zamysł - aby łatwiej było Ci poprowadzić jej późniejszą metamorfozę. Jeśli zaś chodzi o Jeanne - jawi mi się jako kłębek bliżej nieokreslonych cech. Sprawia wrażenie "odklejonej od rzeczywistości" i... nijakiej. Skup się również na jej kreacji, bo póki co jest niesamowicie mdłą postacią. Podoba mi się za to kreacja pani Black. Wiemy, że jest oschła i zasadnicza, nieco staroświecka i niesamowicie konserwatywna.
Z innej beczki - niestety zastosowałaś tani chwyt serialowy i urwałaś rozdział w połowie akcji. Choćbyś nie wiem jak chciała, nie pomoże Ci to w zgromadzeniu czytelników, którzy będą wchodzić na Twojego bloga w nadziei, że dowiedzą się kto przemówił do Evelyn. Nie łudźmy się; jeśli opowiadanie nie zaintryguje i nie zaciekawi ich na początku, dadzą sobie spokój już w połowie rozdziału i nawet nie zanotują faktu, że urwałaś akcję celem - jak mniemam - budowania napięcia.
Z rad na przyszłość - jeżeli w jednym rozdziale będziesz opisywać tylko jedno wydarzenie (w tym przypadku poznanie nowej okolicy, nowego domu oraz babci) i wstawiać tak dużo nieznaczących dla fabuły dialogów, to zrobisz z tego opowiadania monotonnego gniota.
Prolog - Rozdział I
Po dogłębnej lekturze i szczegółowej analizie pierwszego rozdziału muszę stwierdzić, że akcja rozwija się bardzo powoli. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że nic mnie w tym nie intryguje. Od samego początku wiem, że przeprowadzka jest spowodowana zniknięciem ojca Evelyn. Jedyna zagadka, to jak do tego doszło. Jeśli już wiem, że jej ojciec przepadł bez śladu, a przedstawiasz mi (lub raczej próbujesz przedstawić) niezadowoloną z takiego obrotu spraw nastolatkę, która sprawia wrażenie, jakby o ojcu zapomniała - dziwię się po dwakroć. Spróbowałabym dodać w rozdziale pierwszym choćby mały szkic uczuć Evelyn wobec ojca; jakąś drobną poszlakę, która wskazałaby czytelnikowi, jakie znaczenie dla fabuły będzie mieć ten wątek. Ewentualnie - o czym już mówiłam - całkowicie wyeliminowałabym ujawnianie tożsamości zaginionego. Plusem opowiadania jest to, że opisy równoważą liczbę dialogów - udało Ci się znaleźć złoty środek. Niestety jednak większość z tych opisów jest przedumana i przesadzona; brakuje im lekkości. Dialogom, na tym etapie, nie mogę nic zarzucić, poza umykającą gdzieniegdzie interpunkcją.
Zatrzymam się jednak na dłużej przy kreacji bohaterów. Rozgoryczona, obrażona na cały świat panna Evelyn ma w całej swojej konstrukcji literackiej pewne nieścisłości. Próbowałaś pokazać ją jako bezczelną i arogancką - nie wyszło. Buntownicza natura ma to do siebie, że się nie ugina, dlatego dziwię się, że Evelyn pozwala sobie na tak śmiałe komplementy wobec babci, która od początku jest wobec niej nieuprzejma. Rozumiem, że być może nie chciałaś przesadzać, ale już w tym momencie musisz jasno określić i naznaczyć charakter Evelyn, aby czytelnik zdążył się do niej przyzwyczaić, lub - jeśli taki jest zamysł - aby łatwiej było Ci poprowadzić jej późniejszą metamorfozę. Jeśli zaś chodzi o Jeanne - jawi mi się jako kłębek bliżej nieokreslonych cech. Sprawia wrażenie "odklejonej od rzeczywistości" i... nijakiej. Skup się również na jej kreacji, bo póki co jest niesamowicie mdłą postacią. Podoba mi się za to kreacja pani Black. Wiemy, że jest oschła i zasadnicza, nieco staroświecka i niesamowicie konserwatywna.
Z innej beczki - niestety zastosowałaś tani chwyt serialowy i urwałaś rozdział w połowie akcji. Choćbyś nie wiem jak chciała, nie pomoże Ci to w zgromadzeniu czytelników, którzy będą wchodzić na Twojego bloga w nadziei, że dowiedzą się kto przemówił do Evelyn. Nie łudźmy się; jeśli opowiadanie nie zaintryguje i nie zaciekawi ich na początku, dadzą sobie spokój już w połowie rozdziału i nawet nie zanotują faktu, że urwałaś akcję celem - jak mniemam - budowania napięcia.
Z rad na przyszłość - jeżeli w jednym rozdziale będziesz opisywać tylko jedno wydarzenie (w tym przypadku poznanie nowej okolicy, nowego domu oraz babci) i wstawiać tak dużo nieznaczących dla fabuły dialogów, to zrobisz z tego opowiadania monotonnego gniota.
Prolog - Rozdział I
0 komentarze:
Prześlij komentarz