Pierwsze opowiadanie, które wpadło mi w ręce, to fanfick Harry’ego Pottera, który w całości przeczytacie na www.niebieskie-marzenia.blogspot.com
Poniżej publikuję fragmenty treści autorstwa Ginger wraz z moim komentarzem. Tekst Autorki pisany jest kursywą, mój komentarz normalną czcionką. Swoją pracę zacznę od redakcji tekstu i eliminacji błędów, a w końcowej fazie przedstawię swoją opinię na temat prezentowanego dzieła. Zachęcam do lektury.
Prolog
Była już noc. Zmrok nastał już dobre parę godzin temu, jednak światła miasta skutecznie go rozpraszały. W pierwszych zdaniach prologu czytelnik napotyka pewne trudności. Powtarzające się słowo „już” skutecznie utrudnia płynność czytania. Określenie: „dobre parę godzin temu” jest kolokwializmem, które w dodatku rozciąga niepotrzebnie zdanie. Mimo późnej pory, zwykły zamęt nie ustawał; słychać było poruszające się ulicami samochody, a chodnikami wciąż przesuwali się ludzie. Przy takiej konstrukcji zdania pierwszy przecinek jest absolutnie zbędny. Sformułowanie „przesuwali się ludzie” jest raczej bliższe grafomaństwu i uprzedmiotowieniu istot ludzkich, aniżeli wzorowej metaforze. Dlatego zastosowałabym tutaj raczej orzeczenie „przechadzali się”, o ile oczywiście Autorka miała na myśli ludzi niespiesznie przemierzających ulice.
Nikt jednak nie zauważył szczupłej kobiety, przesuwającej się ciemną aleją Central Parku, która niemal wlokła za sobą drobną dziewczynę o włosach naprawdę zdumiewającej barwy. Możliwe, że stało się tak dlatego, że w tej chwili nikogo prócz nich w tej części parku nie było. Tu niestety muszę zatrzymać się na dłużej. Pierwsze zdanie akapitu jest nierozerwalnie związane ze zdaniem poprzednim dzięki obecności słowa „jednak”, więc czytelnik zadałby sobie pytanie: „jak to możliwe, że skoro wokół są ludzie, nikt ich nie zauważył?” Natomiast drugie zdanie akapitu uświadamia, że nagle bohaterki opowiadania teleportowały się do Central Parku, w którym nikogo nie ma. Co mi umknęło? Wprowadzasz czytelnika na ulicę, po której przechadzają się ludzie, żeby nagle wskoczyć do parku, a to razem żadnego bliższego związku nie tworzy. Wynikałoby z tego również, że znajdujemy się w Nowym Jorku – niestety Central Park żyje również po zmroku, więc raczej niemożliwym jest, aby serce nowojorskiego Manhattanu było nieoświetlone. Skoro się jednak upierasz… Ponadto znów mamy niewłaściwe użycie słowa: „przesuwającej się”, które notabene staje się powtórzeniem. Wierzę Ci na słowo, że włosy dziewczyny miały zdumiewający odcień, a co za tym idzie – uznaję, że niepotrzebnie wstawiłaś do konstrukcji słowo „naprawdę”. Niewątpliwie trudno byłoby przegapić tę parę: z pozoru opanowaną, ale wyraźnie spieszącą się kobietę, w średnim wieku, ale o wciąż młodej, choć zmartwionej twarzy, oraz jaskrawo ubraną nastolatkę o opadających na blade policzki niebieskich kosmykach. Zgrzyta mi tutaj zestawienie określeń „z pozoru opanowana, ale wyraźnie spiesząca się kobieta”. Jeżeli ktoś sprawia pozory opanowanego, ciężko jest dostrzec w nim cień emocji. Człowiek z pozoru opanowany skrywa głęboko swoje emocje, nie pokazując ich światu zewnętrznemu. Co to ma zatem do pośpiechu? W dodatku próbowałaś na szybko wepchnąć opis kobiety i dziewczyny w opowiadanie, przez co narobiło się całe mnóstwo powtórzeń spójników oraz błędnie wstawionych przecinków. Sugerowałabym stopniowo przekazywać informacje dotyczące wyglądu bohaterek, a skupić się na opisywaniu sytuacji i miejsca. Dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana; zaciskała gniewnie usta, a jej błękitne, idealnie pasujące do włosów oczy niemal ciskały błyskawice. Nie rozumiem jak oczy mogą pasować do włosów? Czy jeśli moje oczy są koloru zielonego, a włosy koloru blond, to już nie pasują? Stawiam, że to błąd logiczny, ewentualnie kolejna próba grafomaństwa. Zauważyłam także, że boisz się używać mocno nacechowanych określeń, co w dalszej perspektywie może wyjałowić opowiadanie. Użyłaś sformułowania „niemal ciskały błyskawice”, dlaczego „niemal”? Nie mogły po prostu „ciskać błyskawic?” . Obydwie na pierwszy rzut oka były od siebie zupełnie różne; tylko naprawdę wnikliwy obserwator zdołałby wychwycić jakieś podobieństwa. Wydaje mi się, że ostatnie zdanie jest niedoprecyzowane, ładniej zabrzmiałoby: „jakiekolwiek podobieństwa między nimi”.
— Mamo, ja nie chcę... Ja nie chcę tam jechać! - krzyknęła niespodziewanie dziewczyna, gwałtownym ruchem wyszarpując ramię z uścisku kobiety. Słowo „wyszarpywać” samo w sobie jest wystarczająco gwałtowne i agresywne. Dodając określenie „gwałtowne” tworzy się małe masło maślane. Pochwalam za dobrą interpunkcję przy zapisie dialogu! Zatrzymały się; starsza z nich, matka dziewczyny, spojrzała na córkę zniecierpliwionym wzrokiem, lecz mimo wszystko była zaskakująco spokojna. W tym zdaniu jedno wynika z drugiego. Dowiadujemy się, że jedna jest starsza, jest matką i ma córkę, co w rzeczy samej jest jednym i tym samym. Logicznym jest, że matki są starsze, więc wystarczyłoby napisać, że „starsza spojrzała na córkę” i wyszłoby na to samo bez rozciągania i rozwlekania zdania.
— Nic już nie mów, Evelyn. Za piętnaście minut odlatuje nasz świstoklik - przemówiła, ponownie ujmując szczupłą dłoń nastolatki.
— Dlaczego? - spytała cicho dziewczyna, lecz w jej głosie można było wyczuć hardość, zupełnie jakby wciąż nie do końca pogodziła się z decyzją matki. Prawda była taka, że Evelyn Grant, bo tak nazywała się dziewczyna, nie zamierzała tak łatwo się poddawać. Choć doskonale wiedziała, że sprawa jest już przesądzona, wciąż łudziła się, że może jednak matka zmięknie i ustąpi. Wtrącenie „bo tak nazywała się dziewczyna” jest absolutnie zbędne. Skoro pada imię i nazwisko, czytelnik sam zorientuje się jak nazwano główną bohaterkę. Określenie „zmięknie” jest kolokwializmem, pozbyłabym się go.
Jeanne Grant już od jakiegoś czasu napomykała o przeprowadzce do swojej mieszkającej w Anglii matki, będącej jednocześnie babcią Evelyn, jednak dziewczyna jeszcze do niedawna sądziła, że to tylko żart. Kolejny raz ten sam błąd. Koligacje rodzinne nie są dla czytelników czarną magią, wierz mi. Kiedy jednak tydzień temu matka niespodziewanie kazała jej zacząć się pakować i oznajmiła, że na pierwszego sierpnia o północy udało jej się załatwić świstoklik, zdała sobie sprawę, że to jednak prawda. Nie jestem specjalistą w dziedzinie Harry’ego Pottera, ale wydaje mi się, że świstoklików nie trzeba „załatwiać”, a wystarczy je wyczarować. To raz. Dwa – zdanie stylistycznie nie brzmi, ponieważ nie jest do końca jasne, kto zdał sobie sprawę z prawdy. Wystarczyło wstawić imię dziewczyny, żeby całość nabrała sensu. Nie napawało jej to optymizmem. Evelyn naprawdę lubiła mieszkać w tętniącym życiem Nowym Jorku, lubiła szkołę magii, do której uczęszczała przez pięć lat, a tu nagle miała zostać rzucona w zupełnie nowe środowisko, z czym trudno jej się było pogodzić. Rzuca się piłeczką, a nie ludźmi w nowe środowisko. Człowiek może się znaleźć w nowym środowisku. Zdawała sobie sprawę, że odkąd dwa miesiące temu jej ojciec nagle zniknął bez śladu, matka bardzo się zmieniła, jednak gdy tylko dziewczyna ośmieliła pytać się o powody tej nagłej przeprowadzki, jej rodzicielka nabierała wody w usta i pospiesznie zmieniała temat. Kiedy nabieramy wody w usta, nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć, a tym bardziej nie jesteśmy w stanie pospiesznie zmienić tematu.
Tak było i tym razem. Jeanne Grant nawet nie raczyła udzielić córce odpowiedzi na jej pytanie. Bez słowa pociągnęła ją za rękę, tak, że nastolatka omal nie potknęła się na wystającej z chodnika, obluzowanej kostce. Jeśli udzielasz odpowiedzi, to na pewno nie na wykrzyknienie, prawda? Logicznym jest, że odpowiadamy na pytania, więc znów zrobił się tu mały pleonazm.
— Mamo... - westchnęła, spoglądając na rodzicielkę gniewnym wzrokiem.
— Nie teraz, Evelyn. Nie mamy czasu na wysłuchiwanie twojego marudzenia. Jeśli już to matka nie ma czasu na wysłuchiwanie marudzenia, ponieważ dziewczyna, jako ta marudząca sama siebie nie może wysłuchać. Poplątane trochę, ale mam nadzieję, że jasne.
Evelyn prychnęła ostentacyjnie, szybkim ruchem odsuwając sprzed oczu niesforną, niebieską grzywkę. Nie mogła jednak w tej chwili skrócić jej pospiesznie za pomocą swojego daru metamorfomagii, gdyż mimo wszystko mogli się tu znajdować jacyś zbłąkani mugole. Na tym etapie nie potrzebuję wiedzieć, że dziewczyna ma dar. Wystarczy mi mieć świadomość, że jest uczennicą szkoły magii.
Dziewczyna niewątpliwie wyróżniała się wyglądem. Choć żyła wśród zwykłych ludzi, nigdy nie kryła się ze swoim darem i zupełnie jawnie przechadzała się po mieście z kolorowymi włosami. Na szczęście jednak niemagiczni uważali po prostu, że jak przystało na zbuntowaną nastolatkę, zapewne musi je farbować. Te zdania są kiepskie stylistycznie, a w dodatku słabo w nich z logiką. W dobie farb i dekoloryzacji, a w dodatku na ulicach Nowego Jorku, nie powinno być trudno o niebieskowłose indywiduum, które rzuca się w oczy. Wynika zatem z tego, że właśnie wyjaśniłaś czytelnikom coś, co jest tak oczywiste, jak to, że słońce świeci na nieboskłonie. Większość roku spędzała jednak w szkole magii, do domu powracając tylko na wakacje i święta, więc nie musiała przejmować się tym, że jej wygląd mógł kogoś razić. Poza tym, nowojorscy mugole zapewne przywykli już do różnych dziwolągów i jedynie matce Evelyn zdarzało się ją czasem zganić za nadmierne rzucanie się w oczy. No właśnie – każdy się do tego przyzwyczaił, więc po co o tym pisać? Wydaje mi się, że lepiej byłoby wpleść w tym miejscu opis dziewczyny, która wlecze się za matką, opóźniając tempo marszu.
Dziewczyna pomyślała sobie przelotnie, że będzie jej bardzo brakowało nowoczesnego apartamentu na dwudziestym piętrze, w którym spędziła większość swojego dotychczasowego życia. Wcześniej pisałaś, że większość czasu dziewczyna spędza w szkole, teraz nagle zmieniłaś zdanie? Nie miała zielonego pojęcia, jak miało wyglądać domostwo jej babci, jednak z tego, co udało jej się wyciągnąć od matki, wywnioskowała, że była ona czarownicą zdecydowanie staroświecką. Jedno było pewne - nie należało się u niej spodziewać mugolskich wygód i cywilizacji, do których przywykła Evelyn. Mugolskie wygody i cywilizacja? Czarodzieje nie mają swoich wygód i swojej cywilizacji? Poza tym to nie Bangladesz tylko Anglia, na pewno nie może być tak źle. A od września miała rozpocząć edukację w swojej nowej szkole - w osławionym w świecie magii Hogwarcie. Choć w opowieściach matki Hogwart jawił się jako miejsce niezwykłe, to jednak dziewczyna była bardzo sceptycznie nastawiona do swoich przenosin do tejże placówki. W starej szkole miała wielu przyjaciół i bardzo dobrze znała rozległe gmaszysko. Natomiast w nowym miejscu będzie zupełnie sama. Nie znała ani samego Hogwartu, ani przebywających tam ludzi, co napawało ją licznymi obawami. No i akurat to rozumiem, szkoda tylko, że ten prolog okazuje się coraz bardziej „łopatologiczny”. Czytelnik od samego początku wie kto, po co i dokąd, a to sprawia, że traci zainteresowanie.
Westchnęła tylko, nagle zdając sobie sprawę, że matka wyraźnie zwolniła kroku. Znajdowały się już blisko środka parku. Zdecydowanie lepiej brzmiałoby: „Były już prawie w centrum parku”. Jakieś kilkanaście metrów dalej Evelyn dostrzegła ciemną postać nieznanego jej mężczyzny, trzymającego w jednej ręce zapaloną różdżkę, a w drugiej jakiś bliżej nieokreślony przedmiot, płonący jasnoniebieskim blaskiem. Zdanie ładne, ale są pewne zgrzyty. Niepotrzebnie wstawiłaś słowo „jakieś”. Narrator jest wszechwiedzący, więc nie powinien pozostawiać miejsca na domysły w przypadkach mierzenia odległości i czasu. Poza tym zauważmy, że jest ciemno, a dziewczyna, widząc ciemną postać już wie, że nie zna tego mężczyzny. Zgrzyt, zgrzyt… Już miała spytać się matki, kim jest ów nieznajomy, który wyraźnie patrzył właśnie na nie, jednak ledwie zdołała uchylić usta, kobieta ścisnęła mocniej jej dłoń, jakby pragnąc jej przekazać, że nie pora na pytania. Evelyn ponownie prychnęła, zirytowana. Nie należała do osób, które zadowalały się pierwszym lepszym zapewnieniem; zawsze była niezwykle ciekawska i musiała wiedzieć wszystko o wszystkim. Postać nieznajomego czarodzieja niewątpliwie zaintrygowała ją, tym bardziej, że matka sprawiała wrażenie, jakby go znała. Zamiast pisać wprost, że dziewczyna była niezwykle ciekawska, lepiej byłoby wtrącić coś o tym, że zżerała ją ciekawość, wówczas czytelnik zostałby naprowadzony na tę informację, a nie poczułby się przekarmiony, serwowaną z góry, dawką wiedzy. Razem podeszły do mężczyzny, który opierał się nonszalancko o pień najbliższego drzewa, w przeciwieństwie do pani Grant, wyraźnie rozluźniony, jakby to, co właśnie robił, nie było niczym niezwykłym. Chciałoby się rzec: w przeciwieństwie do pani Grant, która o drzewo się akurat nie opierała. Przeczytaj to zdanie dokładnie, to zrozumiesz, że należałoby zrobić z niego dwa oddzielne człony. Jeanne pospiesznie zamieniła z nim kilka zdań, po czym wzięła od niego połyskujący przedmiot, będący, jak się okazało, zwykłą szklaną butelką po mugolskiej coca-coli, zamienionej w świstoklik. W tym za długim zdaniu ucierpiała fleksja. Przedmiot, będący butelką zamienioną w świstoklik. Dziewczyna spojrzała na butelkę sceptycznym wzrokiem. Skoro spojrzała, to raczej nie uszami. Spojrzenie nierozerwalnie wiąże się ze wzrokiem. Mogla sceptycznie spojrzeć i to wystarcza w zupełności. Nigdy jeszcze nie podróżowała za pomocą świstoklika, dlatego nie wiedziała, czego ma się spodziewać.
— Za pięć minut odlatujemy, Evelyn - powiedziała po chwili matka, dużo łagodniejszym głosem niż jeszcze chwilę temu. Dziewczyna dyskretnie otarła niebieskie oczy; pod powiekami zaczynały gromadzić się jej łzy. O wiele lepiej byłoby zrobić z tego dwa zdania i napisać po kropce: „Czuła jak do oczu napływają jej łzy.” Nigdy nie należała do płaczliwych dziewcząt, jednak w tym momencie opłakiwała swoje dotychczasowe życie, które właśnie dobiegało końca. Już jutro wszystko miało się zmienić. Bardzo obawiała się nadchodzących zmian i myślała o nich z niechęcią. Łzy dopiero się gromadzą, spokojnie! Stąd jeszcze daleka droga do „opłakiwania”.
Po raz ostatni ogarnęła wzrokiem Central Park oraz widoczne ponad linią drzew drapacze chmur. Już jutro miała oglądać w oknie inne, całkowicie obce jej widoki. W oknie nie oglądamy widoków… Widzimy je za oknem, a przez okno wyglądamy.
— Będę tęsknić, mamo - powiedziała cicho, odruchowo poprawiając bransoletki na swoich przegubach.
— Wiem, córeczko. Ale tak musi być. Zobaczysz, odnajdziesz się w Hogwarcie - pocieszała córkę Jeanne, delikatnie głaszcząc ją po niebieskich włosach. — A babcia z pewnością chętnie cię pozna. Dużo jej o tobie pisałam.
Evelyn już otworzyła usta, żeby powiedzieć coś więcej, jednak w tej chwili świstoklik rozjarzył się jeszcze intensywniej. Mocniej zacisnęła na nim dłoń, zamykając oczy.Dokładnie o północy obydwie, matka i córka, zniknęły ze stłumionym świstem, pozostawiając za sobą całe dotychczasowe życie. I na koniec poszło zgrabnie! Wyeliminowałabym tylko słowo „obydwie”, bo skoro „matka i córka”, to raczej wiadomo, że nie są w czwórkę.
Poniżej publikuję fragmenty treści autorstwa Ginger wraz z moim komentarzem. Tekst Autorki pisany jest kursywą, mój komentarz normalną czcionką. Swoją pracę zacznę od redakcji tekstu i eliminacji błędów, a w końcowej fazie przedstawię swoją opinię na temat prezentowanego dzieła. Zachęcam do lektury.
Prolog
Była już noc. Zmrok nastał już dobre parę godzin temu, jednak światła miasta skutecznie go rozpraszały. W pierwszych zdaniach prologu czytelnik napotyka pewne trudności. Powtarzające się słowo „już” skutecznie utrudnia płynność czytania. Określenie: „dobre parę godzin temu” jest kolokwializmem, które w dodatku rozciąga niepotrzebnie zdanie. Mimo późnej pory, zwykły zamęt nie ustawał; słychać było poruszające się ulicami samochody, a chodnikami wciąż przesuwali się ludzie. Przy takiej konstrukcji zdania pierwszy przecinek jest absolutnie zbędny. Sformułowanie „przesuwali się ludzie” jest raczej bliższe grafomaństwu i uprzedmiotowieniu istot ludzkich, aniżeli wzorowej metaforze. Dlatego zastosowałabym tutaj raczej orzeczenie „przechadzali się”, o ile oczywiście Autorka miała na myśli ludzi niespiesznie przemierzających ulice.
Nikt jednak nie zauważył szczupłej kobiety, przesuwającej się ciemną aleją Central Parku, która niemal wlokła za sobą drobną dziewczynę o włosach naprawdę zdumiewającej barwy. Możliwe, że stało się tak dlatego, że w tej chwili nikogo prócz nich w tej części parku nie było. Tu niestety muszę zatrzymać się na dłużej. Pierwsze zdanie akapitu jest nierozerwalnie związane ze zdaniem poprzednim dzięki obecności słowa „jednak”, więc czytelnik zadałby sobie pytanie: „jak to możliwe, że skoro wokół są ludzie, nikt ich nie zauważył?” Natomiast drugie zdanie akapitu uświadamia, że nagle bohaterki opowiadania teleportowały się do Central Parku, w którym nikogo nie ma. Co mi umknęło? Wprowadzasz czytelnika na ulicę, po której przechadzają się ludzie, żeby nagle wskoczyć do parku, a to razem żadnego bliższego związku nie tworzy. Wynikałoby z tego również, że znajdujemy się w Nowym Jorku – niestety Central Park żyje również po zmroku, więc raczej niemożliwym jest, aby serce nowojorskiego Manhattanu było nieoświetlone. Skoro się jednak upierasz… Ponadto znów mamy niewłaściwe użycie słowa: „przesuwającej się”, które notabene staje się powtórzeniem. Wierzę Ci na słowo, że włosy dziewczyny miały zdumiewający odcień, a co za tym idzie – uznaję, że niepotrzebnie wstawiłaś do konstrukcji słowo „naprawdę”. Niewątpliwie trudno byłoby przegapić tę parę: z pozoru opanowaną, ale wyraźnie spieszącą się kobietę, w średnim wieku, ale o wciąż młodej, choć zmartwionej twarzy, oraz jaskrawo ubraną nastolatkę o opadających na blade policzki niebieskich kosmykach. Zgrzyta mi tutaj zestawienie określeń „z pozoru opanowana, ale wyraźnie spiesząca się kobieta”. Jeżeli ktoś sprawia pozory opanowanego, ciężko jest dostrzec w nim cień emocji. Człowiek z pozoru opanowany skrywa głęboko swoje emocje, nie pokazując ich światu zewnętrznemu. Co to ma zatem do pośpiechu? W dodatku próbowałaś na szybko wepchnąć opis kobiety i dziewczyny w opowiadanie, przez co narobiło się całe mnóstwo powtórzeń spójników oraz błędnie wstawionych przecinków. Sugerowałabym stopniowo przekazywać informacje dotyczące wyglądu bohaterek, a skupić się na opisywaniu sytuacji i miejsca. Dziewczyna była wyraźnie zdenerwowana; zaciskała gniewnie usta, a jej błękitne, idealnie pasujące do włosów oczy niemal ciskały błyskawice. Nie rozumiem jak oczy mogą pasować do włosów? Czy jeśli moje oczy są koloru zielonego, a włosy koloru blond, to już nie pasują? Stawiam, że to błąd logiczny, ewentualnie kolejna próba grafomaństwa. Zauważyłam także, że boisz się używać mocno nacechowanych określeń, co w dalszej perspektywie może wyjałowić opowiadanie. Użyłaś sformułowania „niemal ciskały błyskawice”, dlaczego „niemal”? Nie mogły po prostu „ciskać błyskawic?” . Obydwie na pierwszy rzut oka były od siebie zupełnie różne; tylko naprawdę wnikliwy obserwator zdołałby wychwycić jakieś podobieństwa. Wydaje mi się, że ostatnie zdanie jest niedoprecyzowane, ładniej zabrzmiałoby: „jakiekolwiek podobieństwa między nimi”.
— Mamo, ja nie chcę... Ja nie chcę tam jechać! - krzyknęła niespodziewanie dziewczyna, gwałtownym ruchem wyszarpując ramię z uścisku kobiety. Słowo „wyszarpywać” samo w sobie jest wystarczająco gwałtowne i agresywne. Dodając określenie „gwałtowne” tworzy się małe masło maślane. Pochwalam za dobrą interpunkcję przy zapisie dialogu! Zatrzymały się; starsza z nich, matka dziewczyny, spojrzała na córkę zniecierpliwionym wzrokiem, lecz mimo wszystko była zaskakująco spokojna. W tym zdaniu jedno wynika z drugiego. Dowiadujemy się, że jedna jest starsza, jest matką i ma córkę, co w rzeczy samej jest jednym i tym samym. Logicznym jest, że matki są starsze, więc wystarczyłoby napisać, że „starsza spojrzała na córkę” i wyszłoby na to samo bez rozciągania i rozwlekania zdania.
— Nic już nie mów, Evelyn. Za piętnaście minut odlatuje nasz świstoklik - przemówiła, ponownie ujmując szczupłą dłoń nastolatki.
— Dlaczego? - spytała cicho dziewczyna, lecz w jej głosie można było wyczuć hardość, zupełnie jakby wciąż nie do końca pogodziła się z decyzją matki. Prawda była taka, że Evelyn Grant, bo tak nazywała się dziewczyna, nie zamierzała tak łatwo się poddawać. Choć doskonale wiedziała, że sprawa jest już przesądzona, wciąż łudziła się, że może jednak matka zmięknie i ustąpi. Wtrącenie „bo tak nazywała się dziewczyna” jest absolutnie zbędne. Skoro pada imię i nazwisko, czytelnik sam zorientuje się jak nazwano główną bohaterkę. Określenie „zmięknie” jest kolokwializmem, pozbyłabym się go.
Jeanne Grant już od jakiegoś czasu napomykała o przeprowadzce do swojej mieszkającej w Anglii matki, będącej jednocześnie babcią Evelyn, jednak dziewczyna jeszcze do niedawna sądziła, że to tylko żart. Kolejny raz ten sam błąd. Koligacje rodzinne nie są dla czytelników czarną magią, wierz mi. Kiedy jednak tydzień temu matka niespodziewanie kazała jej zacząć się pakować i oznajmiła, że na pierwszego sierpnia o północy udało jej się załatwić świstoklik, zdała sobie sprawę, że to jednak prawda. Nie jestem specjalistą w dziedzinie Harry’ego Pottera, ale wydaje mi się, że świstoklików nie trzeba „załatwiać”, a wystarczy je wyczarować. To raz. Dwa – zdanie stylistycznie nie brzmi, ponieważ nie jest do końca jasne, kto zdał sobie sprawę z prawdy. Wystarczyło wstawić imię dziewczyny, żeby całość nabrała sensu. Nie napawało jej to optymizmem. Evelyn naprawdę lubiła mieszkać w tętniącym życiem Nowym Jorku, lubiła szkołę magii, do której uczęszczała przez pięć lat, a tu nagle miała zostać rzucona w zupełnie nowe środowisko, z czym trudno jej się było pogodzić. Rzuca się piłeczką, a nie ludźmi w nowe środowisko. Człowiek może się znaleźć w nowym środowisku. Zdawała sobie sprawę, że odkąd dwa miesiące temu jej ojciec nagle zniknął bez śladu, matka bardzo się zmieniła, jednak gdy tylko dziewczyna ośmieliła pytać się o powody tej nagłej przeprowadzki, jej rodzicielka nabierała wody w usta i pospiesznie zmieniała temat. Kiedy nabieramy wody w usta, nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć, a tym bardziej nie jesteśmy w stanie pospiesznie zmienić tematu.
Tak było i tym razem. Jeanne Grant nawet nie raczyła udzielić córce odpowiedzi na jej pytanie. Bez słowa pociągnęła ją za rękę, tak, że nastolatka omal nie potknęła się na wystającej z chodnika, obluzowanej kostce. Jeśli udzielasz odpowiedzi, to na pewno nie na wykrzyknienie, prawda? Logicznym jest, że odpowiadamy na pytania, więc znów zrobił się tu mały pleonazm.
— Mamo... - westchnęła, spoglądając na rodzicielkę gniewnym wzrokiem.
— Nie teraz, Evelyn. Nie mamy czasu na wysłuchiwanie twojego marudzenia. Jeśli już to matka nie ma czasu na wysłuchiwanie marudzenia, ponieważ dziewczyna, jako ta marudząca sama siebie nie może wysłuchać. Poplątane trochę, ale mam nadzieję, że jasne.
Evelyn prychnęła ostentacyjnie, szybkim ruchem odsuwając sprzed oczu niesforną, niebieską grzywkę. Nie mogła jednak w tej chwili skrócić jej pospiesznie za pomocą swojego daru metamorfomagii, gdyż mimo wszystko mogli się tu znajdować jacyś zbłąkani mugole. Na tym etapie nie potrzebuję wiedzieć, że dziewczyna ma dar. Wystarczy mi mieć świadomość, że jest uczennicą szkoły magii.
Dziewczyna niewątpliwie wyróżniała się wyglądem. Choć żyła wśród zwykłych ludzi, nigdy nie kryła się ze swoim darem i zupełnie jawnie przechadzała się po mieście z kolorowymi włosami. Na szczęście jednak niemagiczni uważali po prostu, że jak przystało na zbuntowaną nastolatkę, zapewne musi je farbować. Te zdania są kiepskie stylistycznie, a w dodatku słabo w nich z logiką. W dobie farb i dekoloryzacji, a w dodatku na ulicach Nowego Jorku, nie powinno być trudno o niebieskowłose indywiduum, które rzuca się w oczy. Wynika zatem z tego, że właśnie wyjaśniłaś czytelnikom coś, co jest tak oczywiste, jak to, że słońce świeci na nieboskłonie. Większość roku spędzała jednak w szkole magii, do domu powracając tylko na wakacje i święta, więc nie musiała przejmować się tym, że jej wygląd mógł kogoś razić. Poza tym, nowojorscy mugole zapewne przywykli już do różnych dziwolągów i jedynie matce Evelyn zdarzało się ją czasem zganić za nadmierne rzucanie się w oczy. No właśnie – każdy się do tego przyzwyczaił, więc po co o tym pisać? Wydaje mi się, że lepiej byłoby wpleść w tym miejscu opis dziewczyny, która wlecze się za matką, opóźniając tempo marszu.
Dziewczyna pomyślała sobie przelotnie, że będzie jej bardzo brakowało nowoczesnego apartamentu na dwudziestym piętrze, w którym spędziła większość swojego dotychczasowego życia. Wcześniej pisałaś, że większość czasu dziewczyna spędza w szkole, teraz nagle zmieniłaś zdanie? Nie miała zielonego pojęcia, jak miało wyglądać domostwo jej babci, jednak z tego, co udało jej się wyciągnąć od matki, wywnioskowała, że była ona czarownicą zdecydowanie staroświecką. Jedno było pewne - nie należało się u niej spodziewać mugolskich wygód i cywilizacji, do których przywykła Evelyn. Mugolskie wygody i cywilizacja? Czarodzieje nie mają swoich wygód i swojej cywilizacji? Poza tym to nie Bangladesz tylko Anglia, na pewno nie może być tak źle. A od września miała rozpocząć edukację w swojej nowej szkole - w osławionym w świecie magii Hogwarcie. Choć w opowieściach matki Hogwart jawił się jako miejsce niezwykłe, to jednak dziewczyna była bardzo sceptycznie nastawiona do swoich przenosin do tejże placówki. W starej szkole miała wielu przyjaciół i bardzo dobrze znała rozległe gmaszysko. Natomiast w nowym miejscu będzie zupełnie sama. Nie znała ani samego Hogwartu, ani przebywających tam ludzi, co napawało ją licznymi obawami. No i akurat to rozumiem, szkoda tylko, że ten prolog okazuje się coraz bardziej „łopatologiczny”. Czytelnik od samego początku wie kto, po co i dokąd, a to sprawia, że traci zainteresowanie.
Westchnęła tylko, nagle zdając sobie sprawę, że matka wyraźnie zwolniła kroku. Znajdowały się już blisko środka parku. Zdecydowanie lepiej brzmiałoby: „Były już prawie w centrum parku”. Jakieś kilkanaście metrów dalej Evelyn dostrzegła ciemną postać nieznanego jej mężczyzny, trzymającego w jednej ręce zapaloną różdżkę, a w drugiej jakiś bliżej nieokreślony przedmiot, płonący jasnoniebieskim blaskiem. Zdanie ładne, ale są pewne zgrzyty. Niepotrzebnie wstawiłaś słowo „jakieś”. Narrator jest wszechwiedzący, więc nie powinien pozostawiać miejsca na domysły w przypadkach mierzenia odległości i czasu. Poza tym zauważmy, że jest ciemno, a dziewczyna, widząc ciemną postać już wie, że nie zna tego mężczyzny. Zgrzyt, zgrzyt… Już miała spytać się matki, kim jest ów nieznajomy, który wyraźnie patrzył właśnie na nie, jednak ledwie zdołała uchylić usta, kobieta ścisnęła mocniej jej dłoń, jakby pragnąc jej przekazać, że nie pora na pytania. Evelyn ponownie prychnęła, zirytowana. Nie należała do osób, które zadowalały się pierwszym lepszym zapewnieniem; zawsze była niezwykle ciekawska i musiała wiedzieć wszystko o wszystkim. Postać nieznajomego czarodzieja niewątpliwie zaintrygowała ją, tym bardziej, że matka sprawiała wrażenie, jakby go znała. Zamiast pisać wprost, że dziewczyna była niezwykle ciekawska, lepiej byłoby wtrącić coś o tym, że zżerała ją ciekawość, wówczas czytelnik zostałby naprowadzony na tę informację, a nie poczułby się przekarmiony, serwowaną z góry, dawką wiedzy. Razem podeszły do mężczyzny, który opierał się nonszalancko o pień najbliższego drzewa, w przeciwieństwie do pani Grant, wyraźnie rozluźniony, jakby to, co właśnie robił, nie było niczym niezwykłym. Chciałoby się rzec: w przeciwieństwie do pani Grant, która o drzewo się akurat nie opierała. Przeczytaj to zdanie dokładnie, to zrozumiesz, że należałoby zrobić z niego dwa oddzielne człony. Jeanne pospiesznie zamieniła z nim kilka zdań, po czym wzięła od niego połyskujący przedmiot, będący, jak się okazało, zwykłą szklaną butelką po mugolskiej coca-coli, zamienionej w świstoklik. W tym za długim zdaniu ucierpiała fleksja. Przedmiot, będący butelką zamienioną w świstoklik. Dziewczyna spojrzała na butelkę sceptycznym wzrokiem. Skoro spojrzała, to raczej nie uszami. Spojrzenie nierozerwalnie wiąże się ze wzrokiem. Mogla sceptycznie spojrzeć i to wystarcza w zupełności. Nigdy jeszcze nie podróżowała za pomocą świstoklika, dlatego nie wiedziała, czego ma się spodziewać.
— Za pięć minut odlatujemy, Evelyn - powiedziała po chwili matka, dużo łagodniejszym głosem niż jeszcze chwilę temu. Dziewczyna dyskretnie otarła niebieskie oczy; pod powiekami zaczynały gromadzić się jej łzy. O wiele lepiej byłoby zrobić z tego dwa zdania i napisać po kropce: „Czuła jak do oczu napływają jej łzy.” Nigdy nie należała do płaczliwych dziewcząt, jednak w tym momencie opłakiwała swoje dotychczasowe życie, które właśnie dobiegało końca. Już jutro wszystko miało się zmienić. Bardzo obawiała się nadchodzących zmian i myślała o nich z niechęcią. Łzy dopiero się gromadzą, spokojnie! Stąd jeszcze daleka droga do „opłakiwania”.
Po raz ostatni ogarnęła wzrokiem Central Park oraz widoczne ponad linią drzew drapacze chmur. Już jutro miała oglądać w oknie inne, całkowicie obce jej widoki. W oknie nie oglądamy widoków… Widzimy je za oknem, a przez okno wyglądamy.
— Będę tęsknić, mamo - powiedziała cicho, odruchowo poprawiając bransoletki na swoich przegubach.
— Wiem, córeczko. Ale tak musi być. Zobaczysz, odnajdziesz się w Hogwarcie - pocieszała córkę Jeanne, delikatnie głaszcząc ją po niebieskich włosach. — A babcia z pewnością chętnie cię pozna. Dużo jej o tobie pisałam.
Evelyn już otworzyła usta, żeby powiedzieć coś więcej, jednak w tej chwili świstoklik rozjarzył się jeszcze intensywniej. Mocniej zacisnęła na nim dłoń, zamykając oczy.Dokładnie o północy obydwie, matka i córka, zniknęły ze stłumionym świstem, pozostawiając za sobą całe dotychczasowe życie. I na koniec poszło zgrabnie! Wyeliminowałabym tylko słowo „obydwie”, bo skoro „matka i córka”, to raczej wiadomo, że nie są w czwórkę.
Co mogę rzec o wydarzeniach z prologu? Przede wszystkim widać ewidentnie, że nie jest to prolog z prawdziwego zdarzenia. Za dużo w nim przemyśleń głównej bohaterki, za dużo wyjaśnień. Opowiadanie zyskać ma dzięki prologowi nutkę tajemniczości i skrywać zagadkę, którą czytelnik będzie stopniowo rozwikływał do samego epilogu. Dlatego ograniczyłabym się do samego opisu wydarzenia – spaceru po Central Parku i podróży za pomocą świstoklika. Wycięłabym wszystkie fragmenty o powodach przeprowadzki oraz wspomnienie o zniknięciu ojca, pozostawiając to w domyśle, żeby czytelnik ruszył zwojami, no i żeby było co wyjaśniać w kolejnych rozdziałach. Dodać emocje towarzyszące bohaterkom – jak najbardziej, ale te które obecnie im towarzyszą, a nie przemyślenia i dywagacje o przeszłości. Poza tym jest tu motyw przeprowadzki… skąd ja to znam?
Prolog - Rozdział I
0 komentarze:
Prześlij komentarz