wtorek, 4 grudnia 2012

Niebieskie marzenia (roz. II)



Kolejny rozdział opowiadania, które znaleźć można na:
http://niebieskie-marzenia.blogspot.com, czeka na moją ingerencję. Do dzieła, rodacy!


Niebieskowłosa drgnęła nieznacznie, pospiesznie odwracając się w kierunku, z którego dobiegał głos, a jej ręka zamarła w połowie drogi po kwiat. Zastanawiała się, kto też mógł do niej mówić. Była pewna, że nie jest to ani babcia, ani mama, ich głosy z pewnością by rozpoznała, poza tym aż do tej pory była pewna, że jest w oranżerii sama. Tutaj ostatnie dwa zdania połączyłabym jakoś w całość. Być może nie dlatego, że są niepoprawne, ale dlatego, że są... odrobinę infantylne. To wtrącenie o zastanawianiu się, prawdę mówiąc, jest zbędne, bo logicznym jest, że kiedy szukamy źródła dźwięku automatycznie zastanawiamy się z kim/czym mamy do czynienia i jest to raczej odruch bezwarunkowy.
Osoba, która do niej mówiła, bez wątpienia była młoda, a jej głos był rześki i jakby nieco rozbawiony, i może faktycznie nieco podobny do głosu matki Evelyn, ale pozbawiony nowojorskiego akcentu. W tym zdaniu znajduje się zbyt wiele spójników, co zakłóca płynność czytania. Z całą pewnością była to dziewczyna, może młoda kobieta. Czy młoda kobieta nie jest dziewczyną; i odwrotnie: czy dziewczyna nie jest młodą kobietą? 
Evelyn nie od razu wypatrzyła nieznajomą. Przez dłuższą chwilę błądziła wzrokiem po otoczeniu, aż nagle jej oczom ukazała się dziewczyna, stojąca zaledwie kilka metrów dalej. Na pierwszy rzut oka wydawała się być niewiele starsza od niej. Miała długie, złociste włosy i niepasujące do nich srebrzystoszare oczy, zdumiewająco podobne do oczu babci. Kolejna historia z "niepasującymi do włosów oczami" w roli głównej. Nie pasować może spódnica w czerwoną kratę do zielonego sweterka w różowe groszki. Wystarczyłoby napisać, że np.: oczy dziewczyny kontrastowały z jej kolorem włosów. Ubrana była w schludną granatową szatę, narzuconą na plisowaną spódnicę i szary sweterek. Ok. Niby wszystko cacy, ale słowo "szata" w tym kontekście, to okrycie wierzchnie. Jeżeli coś jest "okryciem wierzchnim", to logicznym jest, że trzeba je "narzucić" na coś. Chyba lepiej byłoby: Ubrana była w schludną granatową szatę, spod której ledwie wystawała plisowana spódnica i szary sweter. Wyglądała całkiem jak młodsza wersja Jeanne Grant, którą dziewczyna pamiętała z kilku starych zdjęć, znalezionych niegdyś w szufladzie w sypialni mamy. Wdarł się tutaj kolokwializm, bo niby co to ma znaczyć "młodsza wersja"? Jeżeli ma to być opowiadanie utrzymane w poważniejszym tonie - takich określeń radziłabym unikać. Poza tym zdanie jest zdecydowanie za długie i w połowie umyka jego sens, nie mówiąc już o uroku.
Nieznajoma przyglądała się Evelyn z łagodnym uśmiechem, ale i z wyraźnym zaciekawieniem. Nie było w tym jednak wrogości czy niechęci, a jedynie zwykłe zainteresowanie. Wolałabym: Nieznajoma przyglądała się Evelyn z wyraźnym zaciekawieniem, łagodnie się przy tym uśmiechając. Niebieskowłosa stwierdziła, że dziewczyna, kimkolwiek była, najprawdopodobniej musiała już wcześniej wiedzieć o jej przybyciu do tego domostwa, jednak z niewiadomego powodu nie zjawiła się w salonie.Nie podoba mi się to: "niebieskowłosa stwierdziła". Proponuję "doszła do wniosku".
Evelyn przez dłuższą chwilę wahała się, przygryzając wargę. Nerwowo poprawiła niebieską grzywkę, nieustannie wpadającą jej do oczu. Na usta cisnęło jej się wiele pytań, ale w końcu wybrała to najbardziej oczywiste.   — Kim jesteś? - spytała, starając się, aby głos jej nie drżał.  Nie wszystko dla wszystkich jest "oczywiste", dlatego sugeruję napisać: "Próbowała opanować myśli, ale chaos, który nagle zapanował w jej głowie, zdawał się być nie do okiełznania. Na usta cisnęło jej się mnóstwo pytań, które chciałaby zadać nieznajomej, jednak jakaś nieznana jej wewnętrzna siła sprawiła, że zdołała tylko drżącym głosem wybąkać lakoniczne: - Kim jesteś?" i będzie super. Przy okazji udowodnisz czytelnikom, że pozoru rezolutna Evelyn ma swoje słabe punkty. Nie czuła się zbyt pewnie, nakryta przez obcą osobę w miejscu, gdzie z całą pewnością nie powinno jej być. Fleksja zarzygała rowy, niestety. W miejscu, W KTÓRYM z całą pewnością nie powinna była się znaleźć. Dawniej niezbyt by się tym przejmowała, ale teraz czuła się dziwnie onieśmielona i wręcz zagubiona. Znów mam nieodparte wrażenie, że jakaś dziecinna maniera zawładnęła zdaniem. Może: "Dawniej wcale by się tym nie przejęła, ale teraz... Czuła się dziwnie onieśmielona, a na jej bladych policzkach wykwitły rumieńce". Ha! Bacznym wzrokiem przyjrzała się twarzy nieznajomej, licząc, że wyczyta z niej coś więcej. Może mimo wszystko pod tym sympatycznym uśmiechem kryło się coś jeszcze? To jest dobre, podoba mi się. W ciągu ostatniej godziny musiała pospiesznie zmienić nieco swoje zapatrywania na świat. Wczesniej optymistka, zmrożona chłodnym i pełnym dystansu traktowaniem przez Mary Black, nagle zaczęła odczuwać pewne przebłyski budzacej się w niej nieufności. Uczucia nie mają absolutnie nic wspólnego z zapatrywaniem na świat. Mamy tutaj także dwie literówki ("wcześniej" oraz "budzącej"), ale to nie ma żadnego znaczenia, bo te zdania należy niezwłocznie wyrzucić i zamienić na coś innego. 
Tamta ponownie się uśmiechnęła, po czym, po krótkim wahaniu, zdecydowała się przemówić. "Po czym" obok "po krótkim wahaniu" zdają się razem gryźć niemiłosiernie i choć w zasadzie poprawne, to należałoby to poprawić.
   — Jestem Alexandra Black. - odpowiedziała. — A ty, jak mniemam, jesteś Evelyn? Evelyn Grant? 
Niepoprawna interpunkcja. Po wypowiedzi usuń kropkę.
Evelyn uniosła brwi tak, że niemal znikły pod strzechą jej nastroszonych, niebieskich włosów.
   —  Taak... Skąd wiesz? Ponieważ słowo "tak" nie jest onomatopeją, niedozwolone jest rozciąganie go w nieskończoność.
Dziewczyna jednak uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Wyrzuć proszę to "jednak", bo nijak się ma do tego zdania. Evelyn wydało się to całkiem szczere. W odróżnieniu do babci, uśmiech Alexandry wydawał się być naturalny, chociaż dziewczyna wciąż jakby nie dowierzała, że oto ma przed sobą pierwszą osobę w tym domu, która nie patrzy na nią z rozczarowaniem czy nawet wzgardą. Powtarza się kilka razy dziewczyna, trzeba to czymś zastąpić. No i "w odróżnieniu OD".
   — Babcia powiedziała mi, że przyjedziecie. Twoja matka jest... była siostrą mojego ojca - wyjaśniła Alex pospiesznie, po czym pospiesznie poprawiła swoje złociste loki, jakby próbowała zatuszować chwilowe zmieszanie.  Dobrze, wyjaśnijmy sobie coś. Jeanne żyje i ma się świetnie, a więc mówienie o niej, że "była czyjąś siostrą" jest jej uśmiercaniem. Z informacją o śmierci brata Jeanne możesz jeszcze przecież poczekać.
Evelyn przekrzywiła głowę lekko na bok, próbując przetrawić zasłyszane informacje. Właściwie bardzo niewiele wiedziała o rodzinie matki. Jeanne wyjechała z kraju zaraz po ukończeniu szkoły, a wkrótce po tym poznała ojca Evelyn, Michaela Granta. Jeśli zdecydowałaś się na utajenie danych zaginionego to wystarczy, że usuniesz stąd jego nazwisko. Bardzo rzadko opowiadała o swoim wcześniejszym życiu, jeśli już, zwykle wspominając tylko o Hogwarcie, o swoim dawnym domu i o matce, dlatego też jej dzisiejsze pogrążanie się we wspomnieniach wydawało się dziewczynie dziwne. Dlaczego wydało jej się to dziwne? Głupiej nie chcemy z niej chyba zrobić? Jak dla mnie logicznym jest, że skoro się powraca po wielu latach do miejsca, w którym spędziło się dzieciństwo i młodość, to chciał czy nie - budzą się wspomnienia. Natomiast o istnieniu Alexandry nie miała zielonego pojęcia i przeżyła niemały szok, stwierdzając, że w domu babci przebywa ktoś jeszcze, w dodatku w dość zbliżonym wieku. Tu już jest w porządku, dźga mnie jednak w oczy to "zielone pojęcie" i "zbliżony wiek". To pierwsze ze względu na swój kolokwialny charakter; drugie ze względu na dziwne brzmienie.
Ciężko jej było jednak w to wszystko uwierzyć. Zmrużyła mocno obwiedzione kredką oczy, zastanawiając się, czy dziewczyna mówi prawdę.  Tutaj rodzi się pytanie: zmrużyła mocno oczy, czy może oczy były mocno obwiedzione (cokolwiek to oznacza) kredką? Może raczej obrysowane, co?
Alexandra nadal stała na ścieżce, zachowując pewien dystans od krzewu obwieszonego różowymi kwiatami podobnymi do dzwonków, któremu chwilę temu z taką ciekawością przyglądała się Evelyn. Sprawiała jednak wrażenie, jakby czuła się tutaj całkowicie pewnie, w odróżnieniu do wyraźnie spłoszonej Evelyn. Znów powtórzenia, tym razem powtarza nam się imię.
   — Eee... Alex? - spytała nieoczekiwanie Evelyn, przysuwając się nieco bliżej, aby jeszcze lepiej przyjrzeć się nieznajomej.
Dziewczyna była może kilka cali wyższa od niebieskowłosej, nie miała też tak drobnej i patykowatej, chłopięcej wręcz sylwetki. Dziwna inwersja: "chłopięcej wręcz", zamień te słowa miejscami. W ogóle to... wywaliłabym to "wręcz" i na to miejsce wstawiła coś innego. Ogólnie rzecz biorąc, była całkiem ładna i na upartego możnaby się doszukać w niej jakichś podobieństw do Evelyn, gdyby oczywiście niebieskowłosa zmyła makijaż i przywróciła swoim kosmykom naturalny kolor. Kosmykom? Słowo "kosmyk" odnosi się do pojedynczego pasma włosów i za grosz tu nie pasuje, niestety.
   — Pytaj, o co chcesz. Domyślam się, że babcia nie była zbyt miła?
Evelyn powoli pokiwała głową, na potwierdzenie tych słów. Ciekawe, skąd Alexandra o tym wiedziała? Czyżby sama miała możliwość przekonać się o trudnym charakterze babci? Czyżby nie mieszkała z nią od dłuższego czasu? Może właśnie stąd wiedziała, ale moja intuicja może w tej kwestii okazać się zawodną. Przemyśl to co napisałaś, proszę.
   — Chyba nie była ze mnie zadowolona.
Alexandra nie wydawała się być tym zaskoczona.
   — Babcia jest taka wobec wszystkich. Była wychowywana według innych reguł i nie lubi niczego, co odbiega od normy. A twój wygląd... - w tym momencie podeszła do Evelyn i delikatnie musnęła dłonią jej niebieskie włosy. — Jesteś metamorfomagiem?
Evelyn ponownie skinęła, potwierdzając to pytanie zmianą koloru włosów na czerwony, by po chwili ponownie przywrócić im ich zwykły, chabrowoniebieski odcień. Chabry są niebieskie, więc jaki sens ma określenie koloru "chabrowoniebieskim"? Taki sam jak "czerwonoczerwony", niestety.
   — Tak myślałam, choć nikt w naszej najbliższej rodzinie nie jest metamorfomagiem.
   — Moja druga babcia miała taką zdolność - rzekła Evelyn, wzruszając ramionami. — Można tutaj gdzieś usiąść?
   — Chodź za mną. - Alex ruszyła przodem, prowadząc za sobą wyraźnie zaintrygowaną niebieskowłosą.
Przeszły kilka metrów, docierając w końcu do wolnej przestrzeni pozbawionej roślin, na której stały wiklinowe kanapy obite grubymi poduchami oraz stolik. Wszystko to było nieco mniej staroświeckie niż wystrój samego domu, dlatego Evelyn poczuła się nieco pewniej. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś obijał kanapę poduchami... W sensie, że je poprzybijali na wypadek kradzieży, ta?
Opadła na jedną z kanap, a naprzeciwko niej usadowiła się Alexandra. W przeciwieństwie do luźno rozpartej Evelyn, tamta siedziała nienagannie wyprostowana i mimo, że w tej chwili nie poruszała się, miała w sobie dużo gracji.
   — Napijesz się czegoś, Evelyn? - spytała Alex nieoczekiwanie.
   — Ja... Och, w sumie czemu nie? Macie tutaj colę?
Alex uniosła brwi.
   — Co to jest?
   — Taki napój mugolski... Zresztą nieważne. - Evelyn zreflektowała się, po czym wzruszyła ramionami. Coca-cola podbiła calusieńki świat odkąd weszła na rynek z końcem XIX wieku. Zatem czy to fizycznie możliwe, żeby KTOKOLWIEK o niej nie słyszał?
Panna Black spojrzała na nią z uwagą, jakby się zastanawiała, czy Evelyn sobie z niej nie drwi.

   — Nie mamy żadnych mugolskich napojów... Mamy herbatę, piwo kremowe, sok dyniowy... - wymieniła pospiesznie.
Evelyn westchnęła, mrucząc pod nosem coś o zacofaniu świata czarodziejów.
   — Dobra, to niech będzie herbata. Ale normalna, porządna herbata, nie to świństwo którym próbowała mnie spoić twoja... nasza babcia.
Spodziewała się, że Alex rzuci jej miażdżące spojrzenie, jednak dziewczyna tylko parsknęła śmiechem. Nie słyszałam nigdy o "miażdżącym spojrzeniu", ale - jak mniemam - jest to jakieś kuriozum wymyślone na grafomańskie potrzeby. Może raczej "Alex obdarzy ją piorunującym spojrzeniem"?
   — Iskierka! - rzuciła w przestrzeń.
Evelyn już miała spytać, co za Iskierka i o co w tym wszystkim chodzi, gdy nagle tuż obok kanapy, na której siedziała, zmaterializowało się znienacka to samo stworzenie, które wcześniej otworzyło przed nimi drzwi rezydencji. Konstrukcja "co za Iskierka" jest pozbawiona prawa bytu! Przykro mi, ale to brzmi fatalnie i strasznie prostacko. Może: "kim jest Iskierka"?
   — Iskierko, przynieś nam herbaty. Bez mleka.
Stworzenie skłoniło głowę, po czym ponownie zniknęło.
   — Co to było? - spytała Evelyn, lekko zawstydzona.
   — Och, to nasz domowy skrzat... - odpowiedziała Alex, unosząc brwi. — Nie mów tylko, że u was w tej całej Ameryce ich nie było.
   — Hmm... Może gdzieś były. Ale w naszym mieszkaniu nie mieliśmy żadnych skrzatów ani innych dziwacznych wymysłów.
   — Dziwne...
   — Normalne. - Evelyn wzruszyła ramionami, moszcząc się wygodniej na kanapie i spoglądając w zaparowane szyby oranżerii, przez które ledwo było widać znajdujący się na zewnątrz okazały ogród. Świat zwykle oglądamy przez szybę, a nie w szybie. Ponadto skoro Evelyn ogląda coś przez te szyby, to logicznym jest, że to coś znajduje się zewnątrz. Różnica jest zasadnicza, a więc proponuję: "spoglądając przez zaparowane szyby oranżerii na okazały ogród.".
Wtedy jednak poczuła, że coś gramoli jej się na kolana. Pospiesznie zerknęła w dół i zobaczyła wielkiego, szarego kota o długiej sierści i spłaszczonym pyszczku. Wpatrywał się w nią ogromnymi, zielonymi ślepiami. Jak na kota, był wyjątkowo duży. Przecinek w ostatnim zdaniu jest zbędny.
Evelyn, która zawsze bardzo lubiła koty, wyciągnęła w jego stronę rękę i pogłaskała go po grzbiecie. Kot przeciągnął się leniwie i zaczął mruczeć.
   — Dobrze, że chociaż koty macie normalne.
Kącik ust Alex drgnął lekko, jakby w uśmiechu. Wtedy jednak ponownie pojawiła się Iskierka, trzymając w wątłych rękach tacę z dwoma filiżankami herbaty oraz ciasteczkami i położyła ją na stole. Chwilę później zniknęła z cichym pyknięciem. Do czego się odnosi to "jednak"? No właśnie też myślę, że do niczego.
   — Częstuj się.
Niebieskowłosa natychmiast skorzystala z zaproszenia i wzięła sobie ciasteczko, po czym wepchnęła je sobie do ust. Było wyjątkowo dobre. Powtarza się "sobie", to boli... Poza tym skoro Evelyn bierze ciasteczko i za chwilę wpycha je sobie do ust, to chyba normalne, że "sobie", a nie kotu. Literówka w "skorzystała".
   — Mmm... pycha - wymamrotała, biorąc sobie kolejne. Znów to głupie i zbędne "sobie", ble!
Alexandra zachichotała cicho, po czym sama wzięła sobie ciasteczko i ugryzła mały kawałeczek. I znów... ręce mi opadły. Kochana moja, jak będziesz z taką dokładnością opisywać kto ile ciasteczek zjadł, to czytelnik zanudzi się na śmierć, albo ja się zanudzę, albo jeszcze Bogu ducha winny ktoś się zanudzi, a tego bardzo byśmy nie chcieli.
Evelyn tymczasem złapała trzecie ciasteczko i wgryzła się w nie z apetytem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jaka była głodna. Od momentu dotknięcia świstoklika była zbyt zdenerwowana, żeby myśleć o jedzeniu, teraz jednak, nieco ośmielona całkiem sympatycznym traktowaniem przez Alexandrę, rozluźniła się nieznacznie. I kolejne ciasteczko... Widzę, że nawet musiałaś zacząć używać liczebników, żeby się nie pogubić. Zrób coś z tym fragmentem, błagam.
Przez chwilę milczały, obie w spokoju siedząc i przegryzając ciasteczka. No ja pierdzielę, znów ciasteczko! Nawet podczas tak błahej czynności było widać, jak bardzo się od siebie różniły. Evelyn, ubrana w dość swobodny strój mugolski, siedziała nonszalancko, rozglądając się na boki z rosnącą ciekawością i machinalnie głaszcząc dłonią siedzącego jej na kolanach szarego kota. W jej niebieskich jak niezapominajki, mocno umalowanych oczach gościł jednak cień smutku, który na chwilę został zagłuszony przez mimowolne zainteresowanie nowym miejscem. Natomiast Alexandra, w nienagannie odprasowanej szacie, była wyprostowana i z powagą wpatrywała się w siedzącą naprzeciwko niej dziewczynę, jednocześnie sprawiając wrażenie całkowicie rozluźnionej i pewnej. W końcu była u siebie i zapewne bardzo dobrze znała to miejsce, takie przynajmniej wnioski wysnuła  Evelyn. Fragment o wnioskach Evelyn niestety do wyrzucenia, albo do całkowitej renowacji. Mimo tej powagi w jej pozornie chłodnych oczach można było dopatrzeć się wesołych ogników, zupełnie jakby dziewczyna była leciutko rozbawiona zachowaniem niebieskowłosej.  Po słowie "powagi" poprosimy grzecznie o przecinek. Przecinki stawiamy nie tylko w miejscach, które wyznaczają zasady interpunkcji. Stawiamy je także wtedy, kiedy chcemy zaznaczyć pauzę, a tu jest ona konieczna, ponieważ czytając to zdanie na jednym wdechu można się udławić.
W głowie Evelyn w dalszym ciągu gnieździł się chaos. W ciągu ostatnich paru godzin doświadczyła tylu rozmaitych emocji, że teraz sama miała problem się w tym wszystkim połapać. Czułam, że znów wyjedziesz z jakimś kolokwializmem, który to - notabene - sprawił Ci nie lada kłopotu. To w ogóle nie brzmi, więc moja propozycja jest następująca: "W ciągu ostatnich paru godzin towarzyszyło jej tak wiele skrajnych emocji, że poczuła się prawdziwie zmęczona.". Miejsce, w którym przyszło jej się znaleźć, bez wątpienia było intrygujące. Z jednej strony okazałe i porażające ogromem ozdobników, z drugiej odpychające swą sztywnością i pretensjonalnością. Rozmawiałyśmy już na temat "sztywności" i ja nadal jestem zdania, że "sztywny" to może być wkład do trumny made by nature. W poprzednim poście pisałam już o synonimach, które mogą zastąpić to słowo w tym kontekście. Dziewczyna sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Jednocześnie była zaciekawiona i pragnęła dobrze poznać nowe otoczenie, z drugiej oddałaby wiele, aby jak najszybciej wrócić do Nowego Jorku i do starego mieszkania. Hmm, zależy moja droga jak rozumieć to "stare". Zważywszy jednak na fakt, że opuściła je wczoraj - nie nazwałabym go tak. Oczywiście być może, że się czepiam, jednak wydaje mi się, że to zdanie dzięki użyciu słowa "jednocześnie" jest zamotane jak kłębek nici po zabawie stada kotów. Napisałabym: "Była zaintrygowana nowym otoczeniem, ale jednak tęsknota za nowojorskim mieszkaniem przezwyciężała ciekawość.".  Starała się jeszcze nie myśleć o domu babci jako o swoim domu, choć wiedziała, że od dziś miała zamieszkać właśnie tutaj. Wolała jednak postrzegać ową rezydencję po prostu jako "dom babci Mary". Za dużo tych "domów". Ten po słowie "swoim" można z powodzeniem usunąć.
O babci też było jej dziwnie myśleć. Khę? Czy komuś może "być dziwnie myśleć o czymś"? Co to za związek w ogóle? Dziś spotkała ją po raz pierwszy w swoim życiu, ale miała wobec niej bardzo mieszane uczucia. Kobieta z pewnością nie przyjęła jej najcieplej, jednak mimo wszystko była matką jej matki. Może gdyby poznały się lepiej... To śmieszne "matką jej matki" zamieniłabym na tradycyjną "rodzinę".
Może. Dużo było tych może.
Głównie po to, aby zająć czymś ręce, sięgnęła w stronę filiżanki i upiła łyk herbaty.
Odwróciłabym to zdanie i trochę je zmodernizowała. "Podniosła filiżankę i upiła łyk herbaty, aby zająć czymś ręce."
   — Mieszkasz tu? - rzuciła w kierunku Alexandry, smakując napój.
Na szczęście ta herbata smakowała praktycznie normalnie.
Co to znaczy "praktycznie normalnie"? Nie piszemy takich farmazonów w opowiadaniach, bo jest to nic innego, jak uproszczenie z mowy potocznej. Była jednak gorąca i Evelyn oparzyła sobie język. Skrzywiła się nieznacznie.
Alexandra przez chwilę przyglądała się uważnie niebieskowłosej. Nie odpowiedziała od razu.

  — Mieszkam z babcią już trzy lata... Odkąd umarli moi rodzice - powiedziała cicho, spuszczając wzrok na swoje kolana.
Wcześniejszy łagodny uśmiech nagle zniknął z jej twarzy. Atmosfera w oranżerii zgęstniała i mimo wysokiej temperatury i wilgotności, obie miały wrażenie, jakby nagle bardzo się ochłodziło.

   — Ja... Wybacz, nie miałam pojęcia. Zapomnij. - Evelyn, zmieszana, zaczęła się jąkać, a jej blade policzki pojaśniały jeszcze bardziej.
Kropka po wypowiedzi jest zbędna.
W tej chwili jeszcze bardziej pragnęła znaleźć się daleko stąd.
Powtórzenie "jeszcze bardziej". Czuła zmieszanie Alexandry i poniekąd potrafiła ją zrozumieć. Powtórzenie "zmieszanie". W końcu sama także straciła niedawno ojca. Wprawdzie nie wiedziała, czy zginął, czy może nadal żyje, ale nie kontaktował się z rodziną w żaden sposób i został uznany za zaginionego. Przecinek przed pierwszym "czy" zbędny.  A kilka tygodni po jego nagłym zniknięciu matka zaczęła przebąkiwać coś o wyjeździe. To wiemy już od dawna, więc myślę, że niepotrzebnie o tym wspominasz.
Dość, nie myśl o tym. - zganiła się w myślach, po czym pospiesznie poprawiła niebieskie kosmyki tak, żeby przynajmniej częściowo zasłoniły jej oczy i pobladłą twarzyczkę. Kropka po wypowiedzi jest zbędna.
Obie milczały, patrząc wszędzie, tylko nie na siebie. Dopiero Alexandra ponownie przerwała niezręczną ciszę. Wolałabym raczej: "Obie milczały, unikając swoich spojrzeń, jednak po chwili Alexandra przerwała niezręczną ciszę."
   — W porządku. Miałaś prawo nie wiedzieć - powiedziała, wzruszając ramionami.
Uśmiechnęła się ponownie, ale jakby z mniejszym przekonaniem niż wcześniej.

Evelyn powoli pokiwała głową, nadal głaszcząc kota. Zwierzak jednak po chwili miauknął i zeskoczył jej z kolan, po czym podszedł do Alexandry i zaczął ocierać się o jej kostki.
To "po chwili" można wyrzucić. 
Choć niebieskowłosa niewątpliwie była zaintrygowana, postanowiła nie drążyć tematu. Zaczęła natomiast wiercić się na kanapie, zapewne w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji.
"Zapewne" do wywalenia razem z przecinkiem. Skrzypienie wikliny dotarło do uszu pogrążonej w zadumie Alex. Drgnęła lekko, po czym wstała i krokiem pełnym gracji podeszła do osadzonych w szklanej ścianie drzwi, które Evelyn dopiero teraz zauważyła.
   — Chodź, przejdziemy się. Domyślam się, że nie spieszy ci się do ponownego spotkania z babcią - zaproponowała. — Ja kiedy tylko mogę, uciekam do oranżerii. Lubię tu przychodzić.
Evelyn natychmiast przystała na jej propozycję. Znowu zaczęło jej się robić gorąco, a czarny t-shirt kleił jej się do ciała.

    — Chętnie się przejdę.
Wstała i pospiesznie dołączyła do dziewczyny. Razem wyszły na zalany słońcem, rozległy trawnik. Powierzchnią dorównywał nawet boisku do quidditcha w szkole magii w Salem, gdzie wcześniej uczyła się Evelyn. Dopiero spory kawałek dalej rozpoczynał się park.
Do momentu ostatniego zdania w tym fragmencie - było bezbłędnie. Brawo. W ostatnim zdaniu razi mnie tylko ten "spory kawałek"... Ile to jest "spory kawałek"? Jak stąd i jeszcze w cholerę daleko, jak to mawiał sąsiad Marian, stojąc pod Biedronką i sącząc wysokiej klasy jabola. Wszechwiedzący narrator nie powinien mieć problemów z określeniem odległości.
   — Hmm... Zielono tu - rzuciła, czując, jak trawa ugina się pod podeszwami jej trampek.
Alexandra zdjęła szatę, zostając w samym swetrze i spódnicy.
Fleksja znów ma odruchy womitoryjne... Trampków! Trampek jest jeden. 
   — Zobaczysz, w Hogwarcie będzie jeszcze więcej zieleni - przemówiła, mrugając do Evelyn, która podwijała nogawki swoich poplamionych farbami olejnymi dżinsów.
Evelyn nagle sobie przypomniała, że przeprowadzka nie była przecież jedyną zmianą w jej życiu. Już za miesiąc czekało ją rozpoczęcie nauki w nowej szkole.
Znów powtarza się imię. 
   — Hogwart... Jak tam jest? Opowiesz mi o nim? - spytała błagalnie, mając nadzieję, że dowie się czegoś ciekawego.
Matka dużo razy opowiadała jej o Hogwarcie, jednak rozmowa z osobą w zbliżonym wieku, która miała możliwość uczyć się tam, była zapewne jeszcze bardziej ekscytująca.
A może po prostu: "wydała jej się o wiele bardziej ekscytującą"?
Usadowiły się na soczystozielonej trawie. Alexandra zaczęła opowiadać, a Evelyn słuchała z uwagą, w jej oczach błyszczało zainteresowanie.
Ostatni człon powinien stanowić odrębne zdanie. Choć zwykle bardzo ruchliwa i energiczna, siedziała zaskakująco spokojnie, w spokoju chłonąc nowe informacje i porównując je z tym, co już wiedziała. Za dużo spokoju, zdecydowanie. Słownik synonimów kłania się w pas przed Tobą. 
  — I są tam cztery domy? - przerwała Alexandrze, kiedy ta zakończyła opowiadać o Ceremonii Przydziału, czekającej każdego nowego ucznia i krótko scharakteryzowała hogwarckie domy uczniowskie.
  — Tak, cztery. Każdy symbolizuje inną wartość, a przydziela nas do nich stara Tiara Przydziału. Trochę się rozgadała, kiedy przydzielała mnie, ale...
   — W którym domu jesteś?
   — Ja? Och, w Ravenclawie - odpowiedziała Alex. — W domu symbolizującym bystrość i spryt, podobno. Babcia nie była zadowolona, większość naszej rodziny była Ślizgonami.
Evelyn uniosła brwi.

   — Tak nazywamy potocznie mieszkańców Slytherinu - wyjaśniła pospiesznie Alex.
Niebieskowłosa zamyśliła się. Zaczęła się zastanawiać, do którego z czterech domów pasowałaby ona sama, nie potrafiłaby jednak jednoznacznie się określić.
W sumie jak dotąd nie mam zarzutów. Ostatnie zdanie jest jednak nieco kulawe, popracowałabym nad nim. Prawdopodobnie dowie się swojego przydziału dopiero z ust tej dziwacznej Tiary, o której opowiedziała jej Alexandra.
   — Ciekawe, dokąd ja trafię. Szczerze mówiąc, póki co nie widzę się w żadnym z tych domów. A co, jeśli ta Tiara stwierdzi, że nigdzie nie pasuję i odeślą mnie ze szkoły? - W głosie Evelyn dosłyszeć można było cień obawy.
   — Na pewno się tak nie stanie - pocieszyła ją Alexandra, po czym delikatnie ją objęła. — Nie musisz się niczym przejmować.
Niebieskowłosa poczuła się nieco pewniej. Zdała sobie sprawę, że polubiła Alex i pomyślała sobie, że może jednak nie będzie aż tak źle, jak myślała.

Wtedy jednak usłyszała czyjś wyraźnie zagniewany głos.

   — Tutaj jesteście.
Obie odwróciły się pospiesznie, dostrzegając kroczącą przez trawnik babcię. Poły szaty powiewały za nią jak ptasie skrzydła.

Evelyn na widok Mary Black spuściła wzrok i ku jej zaskoczeniu, to samo uczyniła Alex. Żadna z nich nic nie powiedziała.

   — Iskierka właśnie mnie poinformowała, że jesteście w oranżerii - przemówiła kobieta, po czym zwróciła wzrok na Alexandrę. — Widzę, że poznałaś już swoją kuzynkę, Alexandro. - Teraz dla odmiany spojrzała na Evelyn. —Dlaczego nie przyszłyście do mnie? Bardzo niekulturalnie tak wychodzić w trakcie rozmowy, młoda damo.
Evelyn wymamrotała coś w odpowiedzi.

   — Mów głośniej, bo nie słyszę. Nie dość, że masz taki dziwny akcent, to jeszcze mamroczesz coś pod nosem.
   — Hmmm... Przepraszam - mruknęła niebieskowłosa, jednak jej spojrzenie wyraźnie mówiło, że nie odczuwa żadnych wyrzutów sumienia.
Babcia udała, że nie słyszy fałszu w jej głosie.

   — Zapraszam was z powrotem do salonu - powiedziała tylko, po czym uniosła podbródek i odeszła.
Napisałabym: "powiedziała lodowatym tonem". Zastosowanie zwrotu "powiedziała tylko" sprawia, że ta część zdania wygląda na urwaną.
Dziewczyny tymczasem podniosly się z trawy. Kolejna literówka - "podniosły". Chociaż osobiście napisałabym, że wstały. I nie "tymczasem". Żadna nie była zachwycona perspektywą popołudnia w ociekającym zdobieniami salonie w towarzystwie wyraźnie poirytowanej Mary Black. W porządku, ale jeśli już to "perspektywą spędzenia popołudnia". Przed drugim "w" proszę o przecinek. 
   — Chodźmy. Przedstawię ci moją mamę - rzekła Evelyn, otrzepując dżinsy ze źdźbeł trawy, które przylgnęły do materiału.
Alexandra bez słowa podążyła za nią, a po chwili wyprzedziła ją o kilka kroków. Evelyn, która właśnie prypomniała sobie, że nie ma pojęcia, jak wrócić do salonu, uśmiechnęła się i ruszyła za nią.
Literówka - "przypomniała". Pośpiech jest złym doradcą, coraz więcej literówek widzę!
Tym razem nie szły przez oranżerię; Alex poprowadziła ją korytarzem, w którym niebieskowłosa jeszcze nie była. Tak samo jak ten, którym uprzednio biegła, był obwieszony obrazami, między którymi co kilka metrów wisiały złocone świeczniki, z których sączyło się łagodne światło.
Czy nie masz jakiegoś innego pomysłu na wygląd korytarza? Odrobinę męczy to, że za każdym razem używasz tych samych sformułowań, jakby zbrakło Ci pomysłów.
   — Nie macie tutaj elektryczności? - spytała Evelyn, którą nagle uderzyła obecność świec zamiast normalnych żarówek.
"Uderzyć" nas może wiele rzeczy, jednak w tym kontekście kiepsko to wygląda; myślę, że zwykłe "zdziwiła" byłoby lepszym rozwiązaniem. W zasadzie to całość słabo się prezentuje, moja propozycja: "(...) spytała Evelyn, która nagle zorientowała się, że w świecznikach zamiast zwykłych żarówek znajdowały się długie, woskowe świece.". 
Alex spojrzała na nią ze zdziwieniem.
   — Nie, ależ skąd! W domostwach czarodziejów takie mugolskie wynalazki zwykle wariują, gdyż w powietrzu jest za dużo magii.
Do tej pory z dialogami szło płynnie, ale ten jest jakiś drewniany. Może przez użycie słowa "gdyż"? Pamiętasz kiedy ostatnio w rozmowie z koleżankami użyłaś tego słowa? To takie trochę pompatyczne, jak na mój gust.
Evelyn posmutniała. Większość życia spędziła w świecie mugoli i mimo, że w zasadzie była czarownicą czystej krwi, żyła praktycznie jak jej niemagiczni rówieśnicy. Związku "mimo że" nie rozdzielamy przecinkiem. "W zasadzie była czystej krwi"? Nie, to się kupy nie trzyma
. Była i po prostu była, po co w to mieszać zasady. To samo dotyczy słowa "praktycznie" - jest tu absolutnie niepotrzebne. Nawet jej rodzice rzadko używali magii, większość czynności wykonując własnoręcznie lub korzystając z urządzeń wyprodukowanych przez mugoli. Także jej szkoła była tolerancyjna dla pozamagicznej cywilizacji; nikt tam nikogo nie prześladował za pochodzenie z mugolskich rodzin, zaś zwyczajny ubiór i niemagiczne zachowania były czymś na porządku dziennym. Uczniowie poza lekcjami właściwie rzadko korzystali z różdżek, a szaty zakładali jedynie, gdy wymagała tego sytuacja. Mugoloznastwo natomiast było jednym z najważniejszych przedmiotów i było obowiązkowe dla wszystkich. To ostatnie zdanie mi się nie podoba; "Mugoloznawstwo było natomiast jednym z najważniejszych przedmiotów, obowiązkowym dla wszystkich uczniów".  I rzecz jasna, w Instytucie Magii w Salem była elektryczność. "Rzecz jasna" jest wtrąceniem, a jak wiadomo wtrącenia powinniśmy oddzielić od reszty zdania przecinkami, myślnikami lub nawiasami, dlatego poprawna wersja wygląda tak: "I - rzecz jasna - w Instytucie Magii w Salem była elektryczność.". 
  — Co za dziwny dom... - mruknęła, kręcąc głową z powątpiewaniem.
A więc na telewizję raczej nie było tu co liczyć.
Z reguły nie zaczyna się zdania od "więc" i "a więc". W ogóle - uprzedzam na przyszłość - jestem tolerancyjna wobec spójników na początku zdań, ale moja tolerancja ma swoje granice, za które nie należy się zapuszczać. Westchnęła tylko, wchodząc za Alex do salonu.
Babcia siedziała już na kanapie w swojej zwykłej, sztywnej pozycji i wyglądała, jakby w ogóle jej nie opuszczała od czasu nagłego wyjścia Evelyn.
Zdanie jest niestylistyczne. "Zwykła sztywna pozycja", a "pozycja, w której zwykła siadać" to dwie oddzielne bajki. Pierwsza niestety jest niestylistyczna. No i zróbże coś z tą "sztywnością", bo umrę. 
Naprzeciwko niej siedziała Jeanne Grant, teraz z jakby nieco bardziej ożywioną miną, za którą jednak wciąż czaiło się charakterystyczne dla niej zobojętnienie.

   — Evelyn! Gdzie się podziewałaś? - spytała matka, powoli wstając i podchodząc do niej.
Nie można jednocześnie wstawać i podchodzić, chyba że Jeanne jest jakimś Houdinim.
   — To tu, to tam... - dziewczyna wzruszyła ramionami.
Mama natomiast zdążyła już przenieść wzrok na stojącą obok niej Alexandrę i uniosła brwi.
Czyja mama? Przypominam, że są tam dwie matki, warto byłoby jednak zaznaczyć, o którą chodzi. 
  — Cześć, ciociu Jeanne. Jestem Alexandra - przedstawiła się dziewczyna, ponownie przywołując na twarz ten sam szczery uśmiech, który miała na początku rozmowy z Evelyn.
Proponuję "którym obdarzyła Evelyn, kiedy spotkały się pierwszy raz".
   — Jesteś córką Toma?
Panienka Black zmieszała się.

   — Tak. To mój... tata.
Jeanne sprawiała wrażenie, jakby wiedziała, co się stało z ojcem dziewczyny. Zapewne dowiedziała się o tamtej tragedii z któregoś z listów matki, albo dopiero dzisiaj. W każdym razie, spoglądała na nią ze smutkiem.
Jeanne sprawia wrażenie jakby wiedziała, a więc skąd to "zapewne"? 
   — Cóż... Miło mi cię poznać, Alex. Cieszę się, że Evelyn będzie mieć tu jakieś towarzystwo w swoim wieku.
Jej głos jawił się Evelyn jako wyprany z emocji, ale nie zaskoczyło jej to.

Alexandra powoli wyminęła kobietę, po czym usiadła na fotelu przed kominkiem.

Evelyn podeszła do niej i nieśmiało usadowiła się obok. Czuła, że między nią a dziewczyną zdążyła się już wytworzyć pewnego rodzaju bliskość.
Słowo "bliskość" nie pasuje mi do kontekstu. Może frazeologizm "zawiązały nić porozumienia" oddawałby lepiej charakter zaistniałej sytuacji? Choć spotkały się po raz pierwszy w życiu, niebieskowłosa miała wrażenie, jakby znały się o wiele dłużej. W odróżnieniu do chłodnej babki, dziewczyna okazała się być całkiem miła i bezpośrednia, choć pod jej radosnym uśmiechem i szczerością niewątpliwie krył się też pewien smutek. Może właśnie to je tak bardzo zbliżyło. Konstrukcja tego zdania wskazywałaby na to, że jest to pytanie retoryczne, a każde pytanie kończymy znakiem zapytania. Nie kropką. Obie trafiły tu, bo straciły kogoś bliskiego, w dodatku były w podobnym wieku, więc siłą rzeczy powinny trzymać się razem. Pisząc banialuki tego rodzaju, nieco uprzedzasz fakty. Ja - jako szary czytelnik - już wietrzę nosem wielką przyjaźń.
Babcia tymczasem pogrążona była w lekturze. Najwyraźniej nie miała już ochoty łajać wnuczki za jej zachowanie i postanowiła zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Dopiero po godzinie odezwała się ponownie.
Przez godzinę co robiły? Siedziały na kanapie i grzecznie patrzyły jak babcia czyta?
   — Alexandro, zaprowadź Evelyn do jej pokoju - poleciła, zamykając książkę i wsuwając między stronice misterną zakładkę.
Jestem przekonana, że epitet "misterna" został tutaj użyty całkowicie bezmyślnie. "Misternie wykonaną/zdobioną zakładkę" już brzmi sensownie.
Przez ostatnią godzinę obydwie siedziały, oglądając szkicownik Evelyn. Niebieskowłosa postanowiła pokazać kuzynce swoje rysunki. Alexandra wydawała się byc nimi autentycznie zainteresowana i najwyraźniej cieszyła się, że nikt nie wywleka już tematu jej rodziców. Mamy literówkę w słowie "być". A więc panny przez tę godzinę oglądały szkicownik! Szkoda tylko, że pozamieniałaś miejscami wydarzenia.
   — Dobrze, babciu - zgodziła się. — Chodź, Evelyn. Pokażę ci, gdzie będziesz mieszkać.
Opuściły salon. Idąc do drzwi, Evelyn zdążyła dostrzec, że jej matki nigdzie nie było.
Na pewno gdzieś musi być! Nie zaginęła! Dziwi jedynie fakt, że Evelyn idąc korytarzem ma wgląd na całą chałupę. Uznała jednak, że musiała ona udać się na przechadzkę po posiadłości w celu przypomnienia sobie dawnych czasów, dlatego nie martwiła się zbytnio. Zdanie jest kiepskie stylistycznie, a co za tym idzie - do poprawy!
Ruszyły schodami na górę. Evelyn jeszcze nie była na piętrze. W zasadzie niezbyt różniło się ono wyglądem od dolnej części rezydencji, ale tutaj wystrój był jakby spokojniejszy i bardziej stonowany.
"Spokojny wystrój", a to dopiero historia! Koniecznie poszukaj tu jakiegoś innego epitetu, bo ten aż drze za łeb. 
Rozglądała się z ciekawością. Za oknami robiło się coraz ciemniej, co sprawiało, że wcześniej nie rzucający się szczególnie w oczy łagodny blask świec teraz stał się o wiele bardziej widoczny.
Ja wiele jestem w stanie zrozumieć, ale po pierwsze nie z przymiotnikami piszemy łącznie - dlatego "nierzucający". Po drugie - zdanie wymiata. Blask, powtarzam, BLASK stał się bardziej widoczny, powtarzam WIDOCZNY? Czy Ty się czytasz czasami?
   — Chodź za mną, Evelyn.
Alexandra skręciła w lewo i przeszły jeszcze kawałek, zatrzymując się przed błyszczącymi drzwiami ze złoconą klamką, praktycznie nie różniącymi się od innych, które mijały po drodze.
Ponownie nie z przymiotnikiem łącznie, a więc "nieróżniącymi".  Evelyn mimowolnie zaczęła się zastanawiać, jak jej się uda tutaj trafić przy skomplikowanym układzie korytarzy i ich uderzającym podobieństwie. Dodałabym "tak" przed "skomplikowanym" dla podkreślenia i wzmocnienia zdania. 
   — Tutaj będzie twój pokój. Ja mieszkam zaraz obok - rzekła panna Black, pokazując dłonią w kierunku następnych drzwi.
Evelyn wyciągnęła dłoń w kierunku klamki, jednak  Alex powstrzymała ją gestem. Powtarzamy "kierunek", a to bardzo nieładnie.
   — Nie tak od razu... Zamknij najpierw oczy.
Niebieskowłosa uniosła brwi. Niby dlaczego miała zamykać oczy? Czyżby wnętrze było aż tak okropne? Mimowolnie zaczęła się obawiać, co zastanie w środku. Jednego była pewna - na telewizor czy inne mugolskie sprzęty nie mogła liczyć.
Nadużywasz słowa "mimowolnie". Wiem, że pięknie i poważnie brzmi, ale nie przesadzajmy. 
   — Po co?
Alex jednak położyła chłodne dłonie na jej oczach, skutecznie uniemożliwiając jej podglądanie.

   — Wchodź.
Evelyn, z zasłoniętymi oczami, wykonała polecenie. Wymacała klamkę i nacisnęła ją, a kiedy usłyszała skrzypnięcie, wsunęła się do środka. Dopiero po przejściu kilku kroków Alexandra zabrała dłonie z jej twarzy.

Dziewczyna zamrugała powiekami. Jej oczom ukazał się ogromny pokój, jakieś trzy razy większy od jej nowojorskiej sypialni i zupełnie inaczej umeblowany.
Wszystko super, ale zwrot "jakieś trzy razy" jest tak dokładny jak określenie miary zwrotem "pi razy drzwi". Zamień to na coś sensownego. Wystrój jednak był o wiele bardziej delikatny niż w mającym wyglądać reprezentacyjnie salonie. "Mającym wyglądać" czy może raczej "wyglądającym"? Sypialnia była staroświecka i wyglądała jak żywcem wyrwana z początków dwudziestego wieku, ale mimo wszystko, z miejsca przypadła do gustu nawet przywykłej do nowoczesności Evelyn. Za dużo kolokwializmów! Zwroty "żywcem wyrwana" oraz "z miejsca przypadła" są ohydne. Proponuję: "Sypialnia wystrojem do złudzenia przypominała wnętrza rezydencji pałacowych z początków XX wieku i - o dziwo - od razu przypadła do gustu, przywykłej do nowoczesnych rozwiązań, Evelyn." Lepiej?
Znajdowało się tu kilka okien, teraz szeroko otwartych; zawieszone wokół nich muślinowe zasłony falowały delikatnie na ciepłym wietrze. Było też wielkie łoże z baldachimem misternie haftowanym w róże, puszyste dywany na podłodze wyłożonej błyszczącym parkietem, a ściany obite były jasną, marszczoną tapetą.
Coś mi tu nie gra... Może dlatego, że wyliczasz co znajdowało się w pokoju i z nagła wyskakujesz ze spójnikem, który spełnia tutaj rolę przeciwstawnego. Proponuję: "Pośrodku pokoju na wyłożonej błyszczącym parkietem podłodze stało wielkie łoże.". Możesz oczywiście dopisać coś o dywanach i tapetach, jeśli się upierasz, ale sugeruję to zrobić w oddzielnym zdaniu. Były też zdobione meble z ciemnego, wyglądające na dość stare, drewna, a także kolejne obrazy, tym razem nie przedstawiające ludzi, a urokliwe pejzaże. To zdanie jest niestylistyczne i podejrzewam, że to wina tego nieszczęsnego drewna. Przeczytaj proszę to zdanie powoli, skup się mocno! Zastanawiam się czy to przypadkiem nie jest wina potknięcia fleksyjnego, bo gdybyś napisała "wyglądającego na dość stare" miałoby to jakieś ręce i nogi. Nieco krótkie ręce i nogi, ale zawsze coś. Moja propozycja: popracować nad tym zdaniem. Z tymi ludźmi też żeś wyskoczyła, jak Filip z konopii. Może "portrety" byłyby lepsze?
Pokój, choć całkowicie niepodobny do mugolskiego mieszkania Grantów, do którego zawsze była bardzo przywiązana, zrobił na niebieskowłosej duże wrażenie.

  — Całkiem tu... ładnie - powiedziała cicho, powoli podchodząc do okna i wyglądając na zewnątrz.
Mamy dwie czynności, które według Ciebie następują jednocześnie, czyli Evelyn podchodzi do okna i wygląda przez nie w tym samym czasie. Jak można tego dokonać?
Roztaczał się stąd piękny widok na otaczający rezydencję ogród, który w zapadającym zmierzchu wyglądał naprawdę magicznie. "Roztaczał (...) na otaczający" - sama widzisz, że to się kupy nie trzyma, prawda? 
   — Udało mi się namówić babcię na małe przemeblowanie.
Evelyn uśmiechnęła się do Alex, czując, że zaczyna ją lubić coraz bardziej.

   — Dzięki, Alex - powiedziała, obejmując ją delikatnie.
Resztę wieczoru spędziły, leżąc na cudownie mięciutkim dywanie na środku pokoju i rozmawiając cicho, czując na twarzach powiew rześkiego powietrza płynącego z otwartych okien.
Wyrzuciłabym to "na środku pokoju", albo zmieniła szyk zdania. Poza tym przeładowałaś odrobinę z imiesłowami, znów wszystko dzieje się w tym samym czasie; to prawda, że teraz jest to przynajmniej wykonalne, ale to nie zmienia faktu, że brzmi kiepsko.


Prolog - Rozdział I - Rozdział II
 

wtorek, 27 listopada 2012

Niebieskie marzenia (roz. I)

  
Z zapałem zabieram się za rozdział pierwszy opowiadania, które w całości przeczytacie na http://niebieskie-marzenia.blogspot.com



Rozdział I

Podróż świstoklikiem z całą pewnością nie należała do najprzyjemniejszych doznań, ale na szczęście trwała bardzo krótko. Przyzwyczajone do "cywilizacji" kobiety musiały czekać na świstoklik. A samolotem to nie łaska? Zaskakujące, że całkowicie zapomniały o mugolskich środkach transportu. Dziwię się sobie, że wspominam o tym dopiero teraz... Zaledwie kilkanaście sekund po chwili, gdy Evelyn zacisnęła drobną dłoń na mieniącej się błękitną poświatą butelce i poczuła, że coś strasznie szybko ciągnie ją w przód, zdała sobie sprawę, że jej nogi dotknęły ziemi. Bardzo skomplikowałaś konstrukcję ostatniego zdania. Dłuższego się nie dało, co? Przez to stało się trudne w odbiorze, że nie wspomnę już o błędach interpunkcyjnych, które się w nim rozmnożyły jak króliczki na wiosnę. Poprawne i lepsze zdania: Kiedy tylko Evelyn dotknęła mieniącej się błękitną poświatą butelki, poczuła szarpnięcie wprzód i dziwne uczucie w żołądku. Zaledwie kilkanaście sekund później zdała sobie sprawę, że jej nogi dotknęły ziemi. Była tym tak zaskoczona, że straciła równowagę i wyłożyła się jak długa na ziemi, w ostatniej chwili wyciągając przed siebie ręce. Oczywiście mamy tu powtórzenie, dzięki niefortunnemu użyciu frazeologizmu. Dobrze byłoby je zastąpić zwykłym orzeczeniem z jakimś zmyślnym dopełnieniem, na przykład: i upadła na trawiaste podłoże, w ostatniej chwili wyciągając przed siebie ręce. Wypuściła butelkę, która potoczyła się po ścieżce, po czym otworzyła oczy i rozejrzała się. To brzmi zupełnie tak, jakby butelka otworzyła oczy. Należy zmienić całkowicie konstrukcję tego zdania. Jej matka stała pewnie na nogach, mrużąc oczy od oślepiającego słońca.
Evelyn nawet nie zdążyła się zdziwić, że był środek dnia; zaklęła cicho pod nosem, podnosząc się i otrzepując swoje pochlapane farbami spodnie, po czym pospiesznie rozejrzała się dookoła. Znów mamy powtórzenia. Oczy powtarzają się w tym fragmencie dwa razy. Ponadto dwa razy znajduje się tutaj zestawienie przyimka z zaimkiem "po czym". Jest całe mnóstwo synonimów dla tego zestawu, jednak upierałabym się raczej na rozdzieleniu tego zdania.  Stały na dość szerokiej, wybrukowanej alejce, po obydwu stronach obsadzonej rozłożystymi drzewami. Spomiędzy ich gałęzi przeświecało  błękitne niebo, miejscami zasnute białymi obłokami, a w oddali widać było zielone łąki. Jasne, a w drugiej części były smoki. Twoje bohaterki mogły dostrzec coś między gałęziami, ale spomiędzy czegoś raczej coś wystaje, nadając tym samym literackiemu obrazowi trójwymiarowości. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić nieba, które się wychyla zza drzewa. W dodatku dowiedziałam się jeszcze, że za niebem, w oddali były łąki. Niestety wiem, że miałaś coś innego na myśli, ale moje czarne wizje wynikają z komicznej konstrukcji zdań. Widok, choć tak malowniczy, z pewnością nie przypadł do gustu Evelyn, która w końcu przywykła do cywilizacji, a tutaj, jak okiem sięgnąć, ani jednego budynku. Powtarzam - Twój narrator jest wszechwiedzący! Nie musisz dodawać zapewnień w stylu: "z pewnością", czy "naprawdę", ponieważ każdy czytelnik wierzy narratorowi i bez tego. Inna kwestia jest taka, że cywilizacja to nie tylko budynki, a więc brak jakiejkolwiek budowli w zasięgu wzroku nie musi koniecznie oznaczać, że nie doprowadzono w to miejsce prądu.
   — Już jesteśmy? A gdzie jest to piękne domostwo, o którym tyle opowiadałaś? - spytała, a w jej głosie, oprócz żalu, można było dosłyszeć także cień sarkazmu. Niepotrzebnie stworzyłaś wtrącenie "oprócz żalu", pozbądź się tych przecinków. "Nutkę sarkazmu", a nie "cień".
Matka drgnęła, wyrywając się z zamyślenia, po czym przeniosła wzrok z otaczających aleję drzew na swoją niebieskowłosą córkę.
   — Tak, jesteśmy we właściwym miejscu - potwierdziła cicho, po czym ujęła Evelyn za rękę. — Ale najpierw musimy jeszcze kawałek dojść. Grzeczność wymaga, aby nie teleportować się wprost do czyjegoś domu. Kolejny raz borykamy się z problemem powtarzającego się już niemal cyklicznie zestawu "po czym". Spróbuj to pozamieniać, ewentualnie spraw, aby czynności opisywane nie następowały jedna po drugiej, a jednocześnie.
   — Nawet do domu babci?
  — Cóż, babcia zawsze bardzo poważnie podchodziła do tego typu kwestii. Oczywiście uprzedziłam ją o naszym przybyciu, jednak wolę na niej wywrzeć jak najlepsze wrażenie.
Dziewczyna prychnęła sceptycznie, wsuwając blade ręce do kieszeni rozciągniętej bluzy. To trochę kuriozalne, że córka chce wywrzeć wrażenie na własnej matce. Z tekstu wynika, że utrzymywały ze sobą kontakt cały czas, więc powinny raczej wiedzieć czego się spodziewać. 
   — Tu jest zbyt pusto. Brakuje mi miejskiego gwaru - mruknęła, z ponurą miną wpatrując się w falujące wdzięcznie na wietrze trawy. Takie ładne zdanie, a przez tę inwersję sprawia wrażenie "językołamacza". Z pewnością były przepiękne, jednak w obecnej chwili Evelyn nie potrafiła się cieszyć z takich rzeczy. Ta cała przeprowadzka zbyt nagle spadła jej na głowę, skutecznie odzierając ją z wcześniejszej radości życia i zastępując ją myślami pełnymi pesymizmu. "Ta cała przeprowadzka" brzmi okropnie i w dodatku jest swego rodzaju animizacją. Może "informacja o przeprowadzce"?
  — Jeszcze zmienisz zdanie, Evelyn. - Jeanne Grant wywróciła oczami. — Spędziłam tu całe swoje dzieciństwo i uwierz, nigdy nie narzekałam.
   — Ja nie jestem tobą, mamo.
   — Evelyn...
   — Kiedy wrócimy do Nowego Jorku?
Matka nie odpowiedziała, uznając, że nie ma sensu przekonywać dziewczyny do swoich racji. Evelyn zawsze była niesamowicie uparta i przekorna, zawsze musiała postępować dokładnie na odwrót niż ktoś oczekiwał. Już jako dziecko lubiła sprawiać problemy, czerpiąc wyraźną radość ze złości i zniecierpliwienia matki, i potrafiąc zręcznie wykorzystać pobłażliwość ojca. Dialog był w porządku. Jednak mam pewne wątpliwości co do fragmentu następującego po nim, ponieważ nadużyłaś spójnika "i". Spróbuj to jakoś porozdzielać.
Dziewczyna była niemal całkowicie pewna, że obojętnie jaki okaże się dom babci i nowa szkoła, nigdy w pełni ich nie polubi. W myślach pomstowała na swoją rodzicielkę, która wyrwała ją z dawnego życia, nie pytając jej nawet o zdanie."Wyrwała" w tym kontekście nie brzmi zbyt dobrze. Może raczej "odebrała jej dawne życie"? Wydaje mi się, że nadaje więcej dramatyzmu.
Choć panna Grant najczęściej była radosną optymistką, spoglądającą na świat przez różowe okulary, to jednak teraz zachowywała się zupełnie inaczej niż zwykle. Określiłaś już jak zwykła się zachowywać panna Grant, więc niepotrzebnie dodałaś to "niż zwykle". Znikła gdzieś charakterystyczna dla niej beztroska; w tym momencie dziewczyna była wyjątkowo spięta i podenerwowana, a w głębi duszy przepełniały ją obawy. Rozumiem, że przy czasowniku "znikać" możliwa jest oboczność i to co napisałaś jest niewątpliwie poprawne. Niestety jednak nie przepadam za tym słowem, wolę "zniknęła", ale potraktuj to jako moją luźną dygresję, nikomu do niczego niepotrzebną.
Przez chwilę grzebała ręką w kieszeni bluzy, po czym wyjęła z niej mugolską gumę do żucia i wepchnęła ją do ust, nie zważając na obecność matki. No tak jakby żucie gumy było czynem obscenicznym i godnym nagany! Nie rozumiem w czym obecność matki jej przeszkadza. Evelyn właściwie już od dzieciństwa zachowywała się bardziej jak mugolka niż czarownica, co przez większość życia matce niezbyt przeszkadzało. Nie była wprawdzie zbyt zadowolona z faktu, że córka jeździła na deskorolce, zadawała się ze swoimi niemagicznymi rówieśnikami i ubierała się na ich podobieństwo, ale z reguły nie zakazywała jej tego otwarcie, zachowując się wobec młodej Grant dość chłodno i obojętnie. Dopiero niedawno, od czasu zniknięcia Michaela Granta, Jeanne stała się bardzo nerwowa i wybuchała z byle powodu. Gdybyś w tym momencie usunęła nazwisko Michaela opowiadanie zyskałoby na tajemniczości. Podanie nazwiska od razu nasuwa powiązania rodzinne z głównymi bohaterkami, a na tym etapie jest to jeszcze niepotrzebne. Przez całe wakacje, Evelyn, gdy tylko mogła, znikała z mieszkania na całe dnie, snując się po mieście i próbując przeczekać zmienne humory swej rodzicielki. Przez tę zawikłaną konstrukcję zdania zrobił się mały "przecinkowy" bałagan. Spróbuj przekształcić to zdanie. Sama także bardzo przejmowała się faktem, że pewnego czerwcowego dnia jej ojciec nie wrócił z pracy, lecz okazywała to w nieco inny sposób niż matka; stała się jeszcze bardziej zbuntowana i nieznośna, zaczęła nosić bardziej wyzywający makijaż, a na wszelkie krytyczne uwagi reagowała wściekłością i irytacją. Na Twoim miejscu ciągle wstrzymywałabym się z ujawnianiem tożsamości zaginionego. Przynajmniej przez kilka rozdziałów - w przeciwnym razie czytelnik może się znudzić i zaniechać czytania, bo wszystko ma podane jak na tacy.
Ruszyły dalej w milczeniu. Jeanne kilka razy otworzyła usta, aby coś powiedzieć, jednak widząc zaciętą minę Evelyn, zrezygnowała, w duchu postanawiając dać córce trochę czasu na oswojenie się z nową sytuacją. Mamy w tym zdaniu zagięcie czasoprzestrzeni, dzięki pomieszaniu czasowników dokonanych z niedokonanymi. Kilka razy otworzyła usta, ale tylko raz zrezygnowała? Zacznijmy od podstaw "otwierała", nie "otworzyła" oraz "rezygnowała" a nie "zrezygnowała". Dodałabym także "za każdym razem rezygnowała".
Dziewczyna uważnie rozglądała się po otoczeniu, całkowicie różnym od miejskiego krajobrazu, który był jej tak dobrze znany i towarzyszył dziewczynie przez zdecydowanie większą część życia. Nie, no błagam, jak to brzmi: "rozglądać się po otoczeniu"?! Chyba raczej po "okolicy". Poza tym napisałabym raczej: "Dziewczyna uważnie rozglądała się po okolicy, tak bardzo różnej od miejskiego krajobrazu, wśród którego spędziła większość życia." Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, były tylko drzewa i łąki. Evelyn z pewnością wiele by dała, żeby znaleźć się teraz w jakimś normalnym, mugolskim mieście i już miała zamiar powiedzieć matce coś nieprzyjemnego, kiedy nagle minęły ostatnią kępę drzew, a jej oczom ukazał się okazały budynek, otoczony rozległym parkiem. Po raz kolejny wszechwiedzący narrator używa określenia: "z pewnością". On jest pewien, wierzymy na słowo.
Mimowolnie rozchyliła usta. W przeszłości niekiedy zastanawiała się, jak mogło wyglądać miejsce, gdzie dorastała Jeanne Grant, a od kilku dni, odkąd dowiedziała się o wyjeździe, myślała o nim wyjątkowo często. Czy znasz znaczenie słowa "niekiedy"? Idąc za słownikową definicją, to słowo oznacza: "niezbyt często, w nieregularnych odstępach czasu". I sens odpłynął daleko. Choć tak bardzo niezadowolona i podenerwowana, na podstawie zasłyszanych od matki informacji, próbowała wizualizować sobie to miejsce, a nawet podejmowała niezbyt udane próby namalowania go, to jednak nie spodziewała się tego, co w tym momencie ukazało się jej oczom. Przeczytaj to zdanie powoli. Coś w nim nie gra, prawda? Wycinając wszelkie wtrącenia, wychodzi na to, że "choć tak niezadowolona i podenerwowana, to jednak nie spodziewała się tego co w tym momencie ukazało się jej oczom". Całkowicie pozbawione logiki, prawda? Pora coś z tym zrobić, a może to być na przykład napisanie zdania od nowa.
Domostwo było naprawdę okazałych rozmiarów; w ścianach gęsto oplecionych winobluszczem znajdowało się mnóstwo okien, z których z pewnością roztaczał się wspaniały widok na okoliczne pola i lasy. No z tym widokiem, to panna trochę przesadziła... Przy opisywaniu budynku z zewnątrz mówi się o tym, co akurat główne bohaterki widzą i mogą dostrzec, a nie o tym co zobaczą po wejściu do domu. Evelyn, jako artystyczna dusza, mimo dręczących ją obaw i buntowniczego nastroju, mimowolnie zachwyciła się budowlą i jej najbliższym otoczeniem. Na kilka sekund przestała rozmyślać o tej nagłej przeprowadzce i zaczęła zastanawiać się, jak wyglądałby stojący przed nią budynek, gdyby tak spróbować  uchwycić go ołówkiem na papierze. Cóż...  Śmiem twierdzić, że wyglądałby podobnie, z tą tylko różnicą, że wówczas byłby rysunkiem. Zdanie do wyrzucenia. Zaczęła już w myślach kreślić linie na nieistniejącej kartce, kiedy nagle przypomniała sobie swoje stare mieszkanie. Swój prawdziwy dom. W tym momencie poczuła się jak zdrajczyni i pospiesznie  zdusiła w sobie te bardziej optymistyczne myśli, ponownie przybierając naburmuszoną minę, która w poprzednich latach gościła na jej twarzy niezwykle rzadko.  No i dalej poszło sprawnie, zamieniłabym tylko "nieistniejącej" na "wyimaginowanej", i to już w ogóle byłoby super.
Matka, do tej pory idąca w milczeniu obok niej, jakby dostrzegła wahanie dziewczyny, gdyż uśmiechnęła się nieco pokrzepiająco i pociągnęła ją łagodnie ścieżką w kierunku osadzonych w ścianie rezydencji drzwi, wielkich oraz drewnianych. Kilka spraw. Po pierwsze ścieżką się nikogo nie ciągnie, bo to brzmi strasznie. "Pociągnęła ją łagodnie za rękę, kierując się wybrukowaną ścieżką, prowadzącą wprost do drzwi" już lepiej brzmi. Po drugie ten opis "wielkich oraz drewnianych" rozbawił mnie do łez, przypominając o latach młodzieńczych, kiedy to w szkole podstawowej kreśliło się pierwsze zdania. Darowałabym to sobie, ewentualnie po kropce zaczęła od jednego ładnego zdania opisującego majestatyczne, drewniane, przeżarte przez korniki drzwi z mosiężną klamką wielkości bochenka chleba.
Zatrzymały się tuż przed nimi i Jeanne puściła wreszcie rękę Evelyn. Dziewczyna z ulgą wsunęła ją do kieszeni bluzy, po czym spojrzała w bok. Dopiero teraz dostrzegła, że wzdłuż ścieżki, na krawędzi wypielęgnowanego trawnika, rosły chyba najdziwniejsze rośliny, jakie dotąd widziała. "Chyba"? Czemu nie jest pewna, że TAK, są to najdziwniejsze rośliny? Luki w pamięci? Alzhaimer? Miały niewielkie, fioletowo-różowe kwiaty, a ich liście kołysały się delikatnie, mimo że nie było wiatru. Zdecydowanie nie były to zwyczajne rośliny, które widywała czasami w oknach mugolskich mieszkań.
W czasie kiedy mama zastukała kołatką w drzwi, Evelyn pochyliła się nad jedną z owych roślin i delikatnie musnęła dłonią pojedynczy kwiat. Pod wpływem jej dotyku roślinka zaczęła się zwijać i marszczyć, a dotknięty przez nią pąk zamknął się szczelnie. Pukamy i stukamy raczej "do drzwi". Pukanie w drzwi również jest formą poprawną, aczkolwiek przez wzgląd na swoje znaczenie mniej skuteczną. Dziewczyna uniosła brwi i już miała spytać, co to jest, kiedy nagle drzwi rozwarły się i stanęło w nich stworzenie tak dziwaczne, że na jego widok Evelyn natychmiast zapomniała o intrygujących kwiatach. 
Ów stwór był niewielki i przygarbiony, z dużą łysą głową z której sterczały wielkie, szpiczaste uszy  i nos przypominający ołówek, a odziany był w coś, co do złudzenia przypominało biały ręcznik albo obrus. Evelyn nigdy jeszcze nie widziała podobnej istoty, w końcu przez całe życie mieszkała w świecie mugoli.  Czy jednak nie uczęszczała do Szkoły Magii w Nowym Jorku? Czy tam nie było podobnych istot, jak mniemam z opisu, skrzatów?
   — Mamo... Co to jest? - spytała, wpatrując się w stworzenie z obawą.
Odruchowo cofnęła się nieco w tył, jednak zupełnie zapomniała o tym, że siedzi w kuckach, przez co wylądowała we wcześniej oglądanych roślinach. Nie pamiętam kiedy dziewczyna kucnęła. Zdaje mi się, że wcześniej pisałaś o tym, że się "pochyla", a to dwie całkowicie różne czynności. Poza tym - trzeba być niezłym wariatem, żeby w sytuacji potencjalnego zagrożenia zapomnieć o tym jaką pozę się przybrało.
Pani Grant już otworzyła usta, gdy nagle, tuż za stworzeniem, pojawiła się jakaś nieznana Evelyn kobieta. Nie była młoda; miała srebrzyste włosy spięte nad karkiem w ciasny kok, jej szare oczy o dumnym spojrzeniu otoczone były zmarszczkami, a na sobie miała długą do ziemi, wymyślnie haftowaną szatę. Zdecydowanie nie wyglądała ona na osobę, obok której można było przejść obojętnie, a z jej postawy emanowała pewnego rodzaju chłodna godność. Czymże jest "chłodna godność"? Mam nieodparte wrażenie, że to kolejny grafomański wybryk.
Przez chwilę spoglądała z powagą na wyraźnie zmieszaną Jeanne, następnie przeniosła wzrok na leżącą na ziemi Evelyn i w tym momencie na jej czole pojawiła się maleńka zmarszczka. Ponownie przeniosła wzrok na matkę dziewczyny, po czym niespodziewanie wygięła swoje wąskie usta w grymas, nie bardzo przypominający uśmiech. Zamieniłabym "i w tym momencie" na zwykłe "a". Stylistycznie o wiele lepiej.
   — To ty, Jeanne? - spytała cicho.
Głos miała wyraźny, ale jednocześnie jakby nieco oschły. Epitety takie jak "wyraźny" i "oschły" nie są dla siebie przeciwieństwami, dlatego nie rozumiem skąd tutaj użycie spójnika przeciwstawnego. Zupełnie, jakby nie przywykła do okazywania jakichkolwiek uczuć. Ten chłód nieco przeraził Evelyn, tak, że zastygła nieruchomo, bacznie wpatrując się w swoją matkę, która podeszła do starszej kobiety i zupełnie nieoczekiwanie objęła ją. Był to jednak gest dość sztuczny i przepełniony chłodem. Co Ty masz z tym chłodem? Znów występują powtórzenia, pozwól, że pomogę - gest, o którym tu mowa, może być na przykład: afektowany, nienaturalny, pompatyczny. Jeśli się upierasz przy temperaturze: oziębły, beznamiętny, oschły, wyrachowany (choć to może przesada), czy też obojętny.
   — Tak, mamo. To ja. Pisałam przecież, że przyjedziemy - powiedziała po chwili, a w jej oczach zalśniła pojedyncza łza wzruszenia, tak jakby cieszyła się, że widzi swoją matkę i dom, w którym się wychowywała. Zapytam retorycznie: czy wszechwiedzący narrator wie, jakie uczucia towarzyszą bohaterom opowiadania? Dlaczego zatem "tak jakby cieszyła się"?
Kobieta jednak ponownie spojrzała na Evelyn, przez dłuższą chwilą lustrując jej niebieskie włosy i oczy mocno obwiedzione kredką, oraz jej niedbały, mugolski ubiór. Mamy literówkę (pierwszą; jestem pod wrażeniem) w słowie "chwilą". Chwilę zastanawiałam się nad tym przecinkiem przed spójnikiem łącznym "oraz" i doszłam do wniosku, że aby rozwiać wszelkie wątpliwości, należałoby usunąć to nieszczęsne "i", wstawiając zamiast niego przecinek. Jest zbędne, ponieważ cały czas wymieniasz, co lustrowała kobieta. Potem należałoby usunąć przecinek sprzed spójnika "oraz" i voila! Gotowe! Uniosła brwi, najwyraźniej zastanawiając się, kim może być owa młoda osóbka.
   — Mamo, to Evelyn, twoja... wnuczka - powiedziała nieoczekiwanie Jeanne, po czym zwróciła się do córki.  — Evelyn, poznaj swoją babcię.
Dziewczyna, speszona, pośpiesznie podniosła się z ziemi i spojrzała na starszą z kobiet, która okazała się być jej babką. Utrudniasz sobie życie, mogłaś po prostu napisać "speszona dziewczyna", oszczędzając wszystkim zaburzeń w płynności czytania. Nigdy wcześniej jej nie widziała; matka czasami o niej opowiadała i pokazywała zdjęcia, jednak do tej pory nie było okazji spotkać się i poznać.
W oczach seniorki dostrzegła coś na kształt rozczarowania. Może lepiej byłoby "cień rozczarowania"? Kobieta wciąż nie przestawała się jej przyglądać, ale nie wyglądała na zachwyconą tym, co widzi. Jej spojrzenie zmroziło dziewczynę, która poczuła, że resztki jej radości znikają gdzieś, zastąpione przez niepewność. Znów mieszasz czasy w opowiadaniu - kobieta cały czas przygląda się dziewczynie, aż tu nagle "Evelyn zmroziło (jedno) spojrzenie". Nigdy jeszcze nikt nie spoglądał na nią w taki sposób. Spojrzenie siwowłosej starowiny było tak przenikliwe, iż Evelyn miała wrażenie, jakby jej oczy przewiercały ją na wylot, docierając aż do samego środka jej duszy. Widzę pewien postęp - zaczęłaś rozbijać zdania i to przynosi dobre skutki. Zamień tylko to "iż" na normalne, ludzkie "że".
   — To naprawdę twoja córka, Jeanne? - spytała nagle, podchodząc do Evelyn i ostrożnie dotykając jej niebieskich włosów, jakby upewniając się, czy są prawdziwe.
Dziewczyna mimowolnie zastanowiła się, czy starsza kobieta wie o jej metamorfomagii. Postanowiła jednak się nie odzywać. Wie o "jej darze do metamorfomagii" jest lepszą konstrukcją stylistyczną.
   — To Evelyn. Pisałam ci o niej, mamo - odpowiedziała Jeanne, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze zrobiła, decydując się na przeprowadzkę akurat do domostwa swojej matki.
Mogła przecież wybrać każde inne miejsce. Każde. Ale pewne stare sentymenty i tęsknota skłoniły ją do powrotu w miejsce dorastania, mimo, że przed laty uciekła stąd, pragnąc porzucić dotychczasowe życie. Mam cię! Związku "mimo że" nie rozdzielamy przecinkiem! Jest to jeden z nielicznych wyjątków, w których przed "że" nie stawiamy przecinka. Jeanne dawna żywiła też skryte pragnienie, że pewnego dnia zabierze tutaj Evelyn i pokaże jej, jak żyła będąc w jej wieku. Zjadłaś słowo, albo coś zamotałaś, bo to zdanie nie ma sensu. Wydaje mi się, że w zamyśle miało być "od dawna". Chociaż jej matka nigdy nie przejawiała zainteresowania osobą Evelyn, Jeanne była pewna, że kobieta chętnie pozna swoją jedyną, nigdy nie widzianą wnuczkę. Nie z przymiotnikami piszemy łącznie, a więc "niewidzianą".
Prawda okazała się być nieco inna. Przez te dziewiętnaście lat Mary Black zupełnie się nie zmieniła, i wciąż była osobą równie oschłą i wyniosłą, jak w czasach młodości Jeanne. To właśnie te cechy były jednym z powodów jej wyjazdu do Nowego Jorku zaraz po ukończeniu Hogwartu. Kto wyjechał? Uciekł nam podmiot  z tego zdania. Albo raczej nie uciekł, a zagubił się w dziwnej konstrukcji i sam już nie wie kim jest. Choć przez te lata łudziła się, że może z wiekiem matka złagodniała i zmieniła swoje spojrzenie na świat oraz ludzi, najwyraźniej jednak wciąż była tą samą, zimną osobą, co dawniej.Ta sama historia, co ździebko wyżej. Czytelnik się gubi - kto, gdzie, z kim i którędy.
   — Ona jest... Dość osobliwa - powiedziała babcia powoli, starannie ważąc słowa i wpatrując się w Evelyn tak, jakby ją oceniała. Nie "tak, jakby ją oceniała", bo ona ją ocenia. W końcu widzi ją pierwszy raz, a jak to mawiali okrutni Rzymianie: "pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz!".
Nie wydawała się jednak zachwycona tym, co widzi. Kiedy Jeanne pisała jej o wnuczce, Mary Black była pewna, że ujrzy ładną, dobrze wychowaną panienkę, a tymczasem stała przed nią najprawdopodobniej bezczelna, niebieskowłosa dziewucha w mugolskich ubraniach. Evelyn jeszcze nie wypowiedziała przy babci ani jednego słowa. Skąd zatem domniemanie jej bezczelności? Kobieta nie należała do osób zbyt tolerancyjnych; mugoli zawsze uważała za coś gorszego i nie miała najmniejszego zaufania do wszelkich ich wytworów. Tymczasem Evelyn, będąca jej rodzoną wnuczką, wyglądała i zachowywała się zupełnie, jakby nie miała w sobie ani grama magii. Jak można "nie mieć w sobie magii"? Kaszana straszna. Może raczej: "jakby w jej żyłach nie płynęła szlachetna krew czarodzieja"? W tej chwili stała, nonszalancko kołysząc się na piętach i żując gumę, a w jej spojrzeniu nie było ani cienia szacunku czy pokory wobec starszej osoby. Mary była tym naprawdę przerażona. Evelyn jawiła jej się jako dziecko zepsute, mające zadatki na czarną owcę rodziny. No to Ci się prawie udało, bo potrafiłam wyobrazić sobie tę scenę. Mówię "prawie", ponieważ te "zadatki na czarną owcę" mi zgrzytają.
   — Nigdy bym nie pomyślała, Jeanne, że tak rozpuścisz swoje dziecko.
Jeanne Grant uciekła wzrokiem w bok, jakby i ona nie potrafiła wytrzymać wzroku pani Black. Wyraźnie zawahała się, jednak milczała, postanawiając pozostawić te wyrzuty bez komentarza."Jakby i ona nie potrafiła wytrzymać"? Po pierwsze "znieść oskarżycielskiego wzroku" to fragment, który ja tu widzę. Po drugie - nie przypominam sobie, żeby Evelyn miała trudności ze zniesieniem wzroku babci.
Evelyn z pewnością nie była zachwycona słowami swojej babci ani brakiem odzewu ze strony mamy. Spodziewała się, że rodzicielka stanie w jej obronie, jednak tak się nie stało. Jeanne Grant wciąż była bierna i zobojętniała.
Zacisnęła usta, ponownie przenosząc wzrok na babcię. Znów podmiot miota się jak szalony, niepewny swego przeznaczenia!  Wygląda to tak, jakby Jeanne zacisnęła usta, a chodzi przecież o Evelyn, prawda? Po opowieściach matki wyobrażała ją sobie nieco inaczej i poczuła się rozczarowana tym, jak oschle kobieta ją potraktowała. Wprawdzie ani przez moment nie liczyła na jakieś czułe powitania, ale łudziła się, że to pierwsze w życiu spotkanie będzie wyglądało zgoła inaczej. Przysłówek "zgoła" może występować tylko w zdaniu z przeczeniem. "Spotkanie będzie wyglądało zgoła inaczej" - gdzie tu jest przeczenie? Postanowiła sobie jednak, że nie będzie jawnie okazywać  swojego rozczarowania. Na powrót przybrała obojętną, znudzoną wręcz minę i ostentacyjnie poprawiła wpadające jej do oczu niebieskie kosmyki, które zapewne bardzo raziły Mary Black, gdyż starała się nie patrzeć na nie dłużej, niż to absolutnie konieczne. Byłoby ładnie i rozsądnie, ale znów tworzysz gigantyczne "dżdżownice" zdaniowe, co sprawia, że czytelnik się gubi, ba! Co sprawia, że ty sama się czasem gubisz. Zaraz po otaksowaniu wnuczki wzrokiem, zwróciła się ponownie w kierunku wyraźnie niepewnej Jeanne, starając się nie dostrzegać niedbałego przyodziewku stojącej obok nastolatki oraz jej aroganckiej postawy. Widzę to tak: Pani Black otaksowała wzrokiem wnuczkę, po czym zwróciła się ponownie do Jeanne, starając się odwrócić swą uwagę od niedbałego przyodziewku oraz aroganckiej postawy stojącej przed nią nastolatki.
   — Może wejdziemy do środka? Iskierka zrobi nam herbaty - zaproponowała po chwili pani Black, najwyraźniej także zakłopotana dłuższym milczeniem, które zapadło po jej krytycznej uwadze na temat stroju Evelyn.
Odwróciła się na pięcie i z gracją ruszyła w kierunku drzwi rezydencji, nawet nie upewniając się, czy jej krewne podążają za nią.
Evelyn spojrzała w drugą stronę, czując, jak pod jej powiekami znowu zbierają się łzy. Zacisnęła zęby, za wszelką cenę starając się nie wybuchnąć płaczem. Musiała być dzielna, jeśli chciała przetrwać ten niewątpliwie trudny czas. Wszystko super, ale wyrzuć ten przysłówek "niewątpliwie". Historia wszechwiedzącego narratora powróciła.
Wtedy jednak ponownie odezwała się do niej matka.
   — Idziemy do środka, Evelyn - rzekła, a widząc, że dziewczyna nie zareagowała, podeszła do niej i znowu, któryś już raz z kolei dzisiejszego dnia, ujęła ją pod ramię. — Chodź. Babcia nie lubi długo czekać. "Znowu" oraz "któryś już raz z kolei" mają bardzo podobne znaczenie, więc nie ma potrzeby się powtarzać.
Evelyn wbiła wzrok w ziemię i pozwoliła się wprowadzić do okazałego, wyłożonego marmurami holu. Nigdy jeszcze nie była w podobnym miejscu. Urządzony z przepychem korytarz w niczym nie przypominał zwyczajnego, mugolskiego mieszkania Grantów. Ściany wręcz ociekały ozdobnikami, a tu i ówdzie wisiały olejne obrazy w złoconych ramach, przedstawiające poruszające się postacie. Było też mnóstwo rozmaitych wazonów, rzeźb i innych bibelotów. Otoczenie, choć bez wątpienia piękne, nie leżało w guście Evelyn; brakowało mu przytulności i tej prawdziwie rodzinnej atmosfery. Widząc niezwykle poważne postacie na portretach, dziewczyna zmarszczyła brwi i westchnęła cicho, myśląc sobie, że nie chciałaby, aby ktoś ją uwiecznił na płótnie w taki sposób. Nie czuła się tutaj pewnie. Okazały wystrój przytłaczał ją i wzmagał dojmujące uczucie nostalgii, natomiast namalowane na obrazach postacie  przewiercały ją spojrzeniami niemal tak intensywnymi jak u jej oschłej babki. Szło bardzo dobrze, ale "klinkło", jak to w żargonie wojskowym mawiają. Kończąc opis zbyt nagle przeskoczyłaś do zdania "nie czuła się tutaj pewnie"; spróbowałabym jakoś to połączyć. Poza tym z ostatniego zdania akapitu wyszło coś dziwnego. Po przeczytaniu pierwszy raz tego ostatniego nieszczęsnego zdania czytelnik zastanowi się: gdzie one są? Wygląda to tak, jakby portrety, które ogląda, przypominały jej wnętrze domu babci. A przecież właśnie u niej są...
Z ociąganiem ruszyła za matką, która najwyraźniej doskonale wiedziała, dokąd iść. Poruszała się pewnie po rozległych korytarzach, nie zwracając większej uwagi ani na ciche westchnienia córki, ani na niosące się echo ich kroków. W jej oczach Evelyn dostrzegła coś na kształt zamyślenia, zupełnie jakby kobieta wspominała dawne czasy i próbowała doszukać się jakichś zmian w dawno nie widzianym otoczeniu. Uno momento... skoro ruszyła ZA matką, to jak mogła dostrzec coś w jej oczach? Poza tym powtórnie: "niewidzianym" piszemy łącznie.
Dotarły w końcu do salonu; w każdym razie Evelyn uznała, że to właśnie musi być salon. Całkowicie zbędna jest ta wstawka. Skoro narrator mówi, że to jest salon, to tak ma być i koniec, nieważne kto jak uznał. Pokój ten był naprawdę ogromny. Ściany, podobnie jak w holu, obwieszone były czarodziejskimi obrazami i gobelinami, widać było jednak, że są wyklejone aksamitną, marszczoną tapetą, amarantową w blasku świec, sączącym się z pozłacanych kandelabrów. Uła, ale dowaliłaś. Znów wyszło coś nie tak, bo jak dla mnie to z tego zdania wynika, że obrazy były wyklejone tapetą. W dodatku z tym amarantem też nie wypaliło. Powinno być, na przykład, tak: Ściany wyklejone były aksamitną, marszczoną tapetą, która w świetle sączącym się z pozłacanych kandelabrów przybierała amarantowy odcień. Salon - podobnie jak hol - upstrzony był ruchomymi portretami przodków oraz gobelinami imponujących rozmiarów. Podłoga wyłożona była parkietem z błyszczącego drewna; tu i ówdzie leżały wymyślne perskie dywany. Były też kanapy zarzucone haftowanymi poduchami i wysmukłe stoliki, zdobione kredensy oraz biblioteczki, a także marmurowy kominek, w którym płonął ogień. Na kanapy proponuję zarzucić jakieś ręcznie haftowane kapy/narzuty, a nie poduszki. Wszystko to było naprawdę niesamowite i na wskroś przesycone magią, ale jednocześnie bardzo staroświeckie. Cały salon sprawiał wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj w latach dwudziestych dwudziestego wieku albo jeszcze wcześniej, a Evelyn, w swoich poplamionych farbami dżinsach oraz znoszonych trampkach, nagle poczuła się tu dziwnie nie na miejscu. Rozumiem potworny strach przed używaniem liczebników w opowiadaniach. Jednak wyobraź sobie sytuację, w której autor opisuje przyszłość i rok 10598. Naprawdę myślisz, że zapisze go słownie? Niestety nie. To samo dotyczy wieków. Zapisywanie rzymską cyfrą wieku (w tym przypadku XX) jest poprawne. Jeśli chodzi natomiast o przekaz merytorycznyj, to mam wrażenie, że ten opis bardziej pasuje do początku XIX wieku.
Widząc, że jej matka usiadła na jednej z kanap, naprzeciwko siedzącej już w fotelu i sączącej herbatę babci, usadowiła się obok niej i oparła się nonszalancko o haftowane oparcie. Babcia rzuciła jej krytyczne spojrzenie, jednak dziewczyna, zrezygnowana, wzruszyła tylko ramionami i zaczęła od niechcenia bawić się swoimi bransoletkami. Poczuła się nagle strasznie mała i nic nie znacząca. "Nieznacząca" piszemy łącznie. Choć zwykle była osobą otwartą i pewną siebie, teraz miała wielką ochotę zapaść się pod ziemię i już nigdy stamtąd nie wychodzić. Nigdy jeszcze nie przeżyła podobnej sytuacji. Nawet pierwsze dni w szkole nie były dla niej w połowie tak stresujące jak spotkanie z nigdy nie widzianą babcią, której postawa bynajmniej nie zachęcała do rozluźnienia się. Znów "niewidziana"...
   — Hmm... Bardzo ładny dom - wymamrotała po chwili niebieskowłosa, nie mogąc już dłużej znieść kłopotliwego milczenia, które zapadło w salonie. Pierwsze słowa, rzekomo bezczelnej, nastolatki, a w dodatku wyrażające pochwałę. Kreacja bohatera trochę utyka.
Cisza, przerywana jedynie przez ciche podzwanianie zegara i trzaskanie ognia w kominku, była dość niezręczna. To już wiemy, pisałaś o tym zdanie wyżej.
Babcia nieznacznie skinęła głową, przyjmując komplement, jednak jej spojrzenie mówiło wyraźnie, że nie wierzy do końca w jego szczerość. Wyprostowała się jeszcze bardziej, po czym wysączyła kolejny łyk herbaty.
Evelyn dostrzegła, że na blacie stolika stoją jeszcze dwie filiżanki z malowanej porcelany. Dyskretnie wyjęła z ust gumę do żucia i zawinęła ją w papierek, po czym delikatnie ujęła jedną w dłoń i upiła łyk napoju. Coś się pomieszało. Wychodzi na to, że miała dwie gumy i tylko jedną z nich "ujęła" w dłoń. No właśnie "ujęła"; nie sądzisz, że to zbyt górnolotne słowo jak na opis trzymania w ręku przeżutej gumy? Herbata jednak smakowała dość dziwnie, w niczym nie przypominała mocnej, czarnej herbaty, którą dziewczyna zwykła pić za dawnych, dobrych czasów. Dawnych? Startowały o północy, czyli teoretycznie rzecz ujmując, jeszcze wczoraj były te - rzekomo -"dawne czasy". Skrzywiła się lekko, co nie umknęło uwadze Mary Black. Kobieta wyprostowała się jeszcze bardziej, a jej usta utworzyły wąską kreskę. Powtórzenie: "wyprostowała się jeszcze bardziej". Nie wierzę, że znasz tylko tyle określeń na zmianę pozycji w fotelu.
Jeanne Grant tymczasem siedziała na kanapie spokojnie, nie zwracając uwagi na wyraźnie zakłopotaną córkę i przesuwając wzrokiem po stojących na gzymsie kominka fotografiach, oprawionych w srebrzone ramy. Większość z nich przedstawiała Mary wraz z jej nieżyjącym już mężem, było też kilka fotografii małej Jeanne, a także ślubne zdjęcie Grantów, które przesłała swojej matce przed wielu laty. Poczuła wzruszenie, widząc, że matka, mimo swojej oschłości i wielu lat utrzymywania jedynie listownych kontaktów, najwyraźniej pamiętała o córce.  Pragnę zaznaczyć, że ciężko jest zapomnieć o małym embrionie, który rozpychał macicę przez 9 miesięcy. Sugeruję delikatnie zmienić ostatnie podrzędne zdanie. Nie było tutaj jednak żadnych zdjęć Evelyn.
Jeanne zmarszczyła czoło, po czym spojrzała na córkę, następnie przenosząc wzrok na swoją matkę.
   — Mamo, wybacz Evelyn jej nieśmiałość. Nie wiem, co w nią wstąpiło, normalnie usta jej się nie zamykają - rzuciła pośpiesznie, widząc, jak Mary spogląda wyczekująco na wyraźnie znudzoną wnuczkę, która wierciła się nerwowo na kanapie.  Znudzenie rzadko kiedy można połączyć z nerwowymi ruchami.
Dziewczyna odwróciła wzrok od obydwu kobiet i po kolei lustrowała poszczególne elementy wystroju. Nie "lustrowała" tylko "oglądała". Lustracja to dogłębny proces, którego nie da się przeprowadzić w wielkim salonie pełnym bibelotów, siedząc na kanapie.  Okazałość salonu w dalszym ciągu przytłaczała ją i onieśmielała, jednak wszystko było lepsze niż bezczynne wpatrywanie się w jedno miejsce. Na szczęście wokół było tyle różnych detali, że nie sposób było siedzieć ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie.
W końcu jednak postanowiła się odezwać, uznając, że warto chociaż udawać zadowolenie.
   — Naprawdę tu ładnie. Chociaż dodałabym trochę jaśniejszych kolorów... Te szkarłatne ściany są trochę ponure. - Evelyn miała nadzieję, że ta uwaga rozładuje nieco zalegające napięcie.
Lecz seniorka poczuła się dotknięta wypowiedzią swojej ekscentrycznej wnuczki. Z dwóch ostatnich zdań zrobiłabym jedno, oddzielone przecinkiem.
   — Moim zdaniem salon wygląda dokładnie tak, jak trzeba. Mniemam, że wasze mugolskie hmmm... mieszkanie, nie było tak wysmakowane. Westchnienie najchętniej oddzieliłabym trzykropkami z obydwu stron.
Słysząc ledwie skrywaną pogardę w jej głosie, dziewczyna wzdrygnęła się.
   — Było bardziej przytulnie.
   — Nie bądź bezczelna, dziecko.
   — Nie jestem dzieckiem - zaprotestowała Evelyn gwałtownie, jeżąc się na tę uwagę.
Wstała z kanapy i zaczęła się przechadzać po salonie, nie zważając na to, że depcze po drogocennych dywanach swoimi znoszonymi trampkami. Choć była zdenerwowana, to jednak przy jej niewielkim wzroście i wyjątkowo drobnej budowie ciała, wyglądało to tak komicznie, że nawet tak sztywna osoba jak Mary Black mimowolnie wygięła swe usta w uśmiechu. "Sztywna" użyte w tym kontekście to paskudny kolokwializm. Synonimów tego potocznego określenia jest mnóstwo, np.: poważna, stateczna, restrykcyjna, surowa, zasadnicza. Do wyboru, do koloru!
Nie wiadomo było, na ile to jest szczery uśmiech, na ile grymas satysfakcji. Nawet osoba tak spostrzegawcza i przenikliwa jak Evelyn, miała spore trudności z rozszyfrowaniem jej. Nie masz wrażenia, że to zdanie jest urwane? Z rozszyfrowaniem jej, ale czego jej? Przerwała swoją nerwową przechadzkę, ponownie wbijając spojrzenie swoich uderzająco niebieskich tęczówek w srebrzystoszare, zimne oczy babci.
   — Oczywiście, nie jesteś, ale z przykrością muszę stwierdzić, że twoja matka rozpuściła cię. No, "twoja matka", bo niby czyja inna? Bez sensu wprowadziłaś tutaj zaimek dzierżawczy: "twoja". Poza tym w ostatnim zdaniu jest inwersja, powinno być raczej: "matka cię rozpuściła".
  — Nikt mnie nie rozpuścił. Jestem po prostu sobą - Evelyn wzruszyła ramionami, podchodząc do kominka i wpatrując się w stojące na gzymsie zdjęcia, które chwilę temu obserwowała jej matka. Zabrakło kropki po wypowiedzi.
Jeanne tymczasem sprawiała wrażenie, jakby nie słyszała tej wymiany zdań. Przeglądała leżący na pobliskim kredensie album z kolejnymi fotografiami, najwyraźniej tak bardzo zatracona we wspomnieniach, że kompletnie straciła kontakt z otaczającą ją rzeczywistością. Powtórzenie: "zatracona" i "straciła". Słownik synonimów macha do Ciebie i krzyczy: "weź mnie, weź mnie!". Nawet nie zganiła Evelyn za jej bezczelność ani nie zaczęła bronić jej przed srogą babcią. Po prostu, wyłączyła się. Z przecinkiem wynocha. Przy konstrukcji: "Po prostu się wyłączyła." też byś go wstawiła? Nie? No widzisz, a to jedno i to samo. Nie wspominam już o tym, że "wyłączyć" można jakiś sprzęt, a nie człowieka, bo mi się nie chce rozwodzić nad kolejnym bezsensownym kolokwializmem.
Babcia przez chwilę zastanawiała się nad słowami swojej wnuczki. Była wychowywana zupełnie inaczej niż Evelyn; w jej świecie nigdy nie było miejsca na bycie sobą. Dlatego też nie rozumiała dziewczyny oraz jej postawy. Zamiast tego, zmarszczyła groźnie brwi, licząc zapewne, że wzbudzi w nastolatce pokorę. Zamiast czego? I po co Ci ten pierwszy przecinek w ostatnim zdaniu?
   — Teraz znajdujesz się w moim domu i musisz podporządkować się panującym tu zasadom - przemówiła poważnym tonem.
Choć przez większość życia niespecjalnie interesowała się żyjącą po drugiej stronie Atlantyku rodziną, poważnie dotknięta wyjazdem Jeanne, z którą po tym wszystkim utrzymywała jedynie bardzo rzadki kontakt listowny, to jednak nie chciała źle dla wnuczki. Bardzo "rzadki kontakt"? Można się "rzadko kontaktować", a nie mieć "rzadki kontakt", ludzie, litości! W pewnym momencie poczuła nawet ukłucie wyrzutów sumienia, że nie zainteresowała się Evelyn. Może gdyby znalazła czas, żeby odwiedzić ją lub chociaż napisać jakiś list bezpośrednio do niej, może dziewczyna zachowywałaby się inaczej.  Powtarzasz "może" - nie wiem czemu niby ma to służyć.
Evelyn prychnęła, a końcówki jej włosów na ułamek sekundy poczerwieniały.
   — Nie muszę się niczemu  podporządkowywać. Wychodzę - warknęła, po czym zacisnęła gniewnie usta i wypadła z salonu, zanim babcia zdążyła choćby otworzyć usta. Powtarzasz "usta".
Biegła korytarzami, słysząc pełne zaskoczenia pomruki postaci, wymalowanych na obrazach oraz odgłos swych własnych kroków, niosących się echem po obszernych korytarzach. Zbędny przecinek po "postaci". Czuła, że jej włosy powoli odzyskiwały już swój normalny, niebieski kolor, jednak gniew wciąż w niej buzował, nie pozwalając na racjonalne myśli. 
Nigdy nie przypuszczała, że babcia okaże się być osobą tak zimną i nieprzyjemną. Przez całe życie zastanawiała się, dlaczego kobieta nigdy się nią nie interesowała i choć Jeanne w swych listach bardzo dużo pisała o Evelyn, to jednak babcia kwitowała to krótkimi, zdawkowymi uwagami. No tym razem wszyszłaś bez szwanku!
Z coraz większym trudem powstrzymywała się od płaczu. Chyba jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie czuła się tak podle, jak w tej chwili. Prawdę mówiąc, nigdy tak naprawdę nie była nieszczęśliwa. Zawsze była zdania, że życie jest zbyt piękne na smutki i naprawdę trudno było ją wyprowadzić z tej ciągłej radości i optymizmu. Ależ tej prawdy nam się tutaj namnożyło! Wyeliminuj te powtórzenia.
Dotarła w końcu do drzwi na końcu długiego, wyłożonego marmurami korytarza, które różniły się od pozostałych, przez co wydały się dziewczynie całkiem zachęcające. Pospiesznie szarpnęła za klamkę i nie zastanawiając się nad tym, czy wolno jej wejść, po prostu wsunęła się do środka. Z tymi drzwiami się nie postarałaś, nie podoba mi się pierwsze zdanie. Przecinek przed "czy" jest zbędny.
Okazało się, że znalazła się w dużej, przeszklonej oranżerii. Poważnie, oszklona oranżeria? A widziałaś kiedyś nieoszkloną? No, ja też nie. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, znajdowały się rozmaite rośliny i bynajmniej nie wszystkie  były zupełnie zwyczajne. Obok normalnych palm, cytrusów czy bugenwilli, znajdowały się tu także kwiaty, których Evelyn nigdy w życiu nie widziała, nawet na obrazkach w magicznych książkach. Co Wy, autorzy opowiadań, macie za dziwny fetysz słowa "bynajmniej"? To słowo, to wzmocnienie zaprzeczenia, które w tym kontekście nie ma prawa bytu. Mimowolnie zapomniała o swojej wściekłości i z ciekawością zaczęła rozglądać się po wnętrzu. Słowo "mimowolnie" to inaczej "pomimo woli". Z Twojego zdania wynika, że dziewczyna nie chciała zapomnieć o swoim zdenerwowaniu. Czy tak? Gdzie nie spojrzeć, otaczała ją zieleń poprzetykana tu i ówdzie innymi kolorami. Praktycznie nie było widać szklanego sufitu i ścian. Skoro otacza ją zieleń, to logicznym jest, że "gdzie nie spojrzeć" będzie zieleń, a więc znów piszesz dwa razy jedno i to samo.
Stąpała po ledwie widocznej posadzce ostrożnie, lecz kiedy poczuła, jak coś muska jej nogę, pisnęła i odskoczyła w bok. Nie "jak", tylko "że".  Jej oczom ukazało się grube pnącze, które najwyraźniej zareagowało na jej ruch. W tej chwili cofało się z powrotem w głąb rosnących przy ścieżce krzewów o wonnych kwiatach w kształcie dużych dzwonków. 
Evelyn pochyliła się nad nimi, najwyraźniej zaintrygowana. Zdanie o tej konstrukcji powinno mieć ciąg dalszy, np.; "najwyraźniej zaintrygowana dziwnymi roślinami", w przeciwnym razie wygląda na urwane. Kwiaty wydzielały przepiękny zapach i już miała wyciągnąć dłoń, aby zerwać jeden z nich, kiedy do jej uszu dotarł czyjś głos.
   — Na twoim miejscu bym tego nie dotykała.
Drgnęła i odruchowo spojrzała w bok. 




Po dogłębnej lekturze i szczegółowej analizie pierwszego rozdziału muszę stwierdzić, że akcja rozwija się bardzo powoli. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że nic mnie w tym nie intryguje. Od samego początku wiem, że przeprowadzka jest spowodowana zniknięciem ojca Evelyn. Jedyna zagadka, to jak do tego doszło. Jeśli już wiem, że jej ojciec przepadł bez śladu, a przedstawiasz mi (lub raczej próbujesz przedstawić) niezadowoloną z takiego obrotu spraw nastolatkę, która sprawia wrażenie, jakby o ojcu zapomniała - dziwię się po dwakroć. Spróbowałabym dodać w rozdziale pierwszym choćby mały szkic uczuć Evelyn wobec ojca; jakąś drobną poszlakę, która wskazałaby czytelnikowi, jakie znaczenie dla fabuły będzie mieć ten wątek. Ewentualnie - o czym już mówiłam - całkowicie wyeliminowałabym ujawnianie tożsamości zaginionego. Plusem opowiadania jest to, że opisy równoważą liczbę dialogów - udało Ci się znaleźć złoty środek. Niestety jednak większość z tych opisów jest przedumana i przesadzona; brakuje im lekkości. Dialogom, na tym etapie, nie mogę nic zarzucić, poza umykającą gdzieniegdzie interpunkcją. 
Zatrzymam się jednak na dłużej przy kreacji bohaterów. Rozgoryczona, obrażona na cały świat panna Evelyn ma w całej swojej konstrukcji literackiej pewne nieścisłości. Próbowałaś pokazać ją jako bezczelną i arogancką - nie wyszło. Buntownicza natura ma to do siebie, że się nie ugina, dlatego dziwię się, że Evelyn pozwala sobie na tak śmiałe komplementy wobec babci, która od początku jest wobec niej nieuprzejma. Rozumiem, że być może nie chciałaś przesadzać, ale już w tym momencie musisz jasno określić i naznaczyć charakter Evelyn, aby czytelnik zdążył się do niej przyzwyczaić, lub - jeśli taki jest zamysł - aby łatwiej było Ci poprowadzić jej późniejszą metamorfozę. Jeśli zaś chodzi o Jeanne - jawi mi się jako kłębek bliżej nieokreslonych cech. Sprawia wrażenie "odklejonej od rzeczywistości" i... nijakiej. Skup się również na jej kreacji, bo póki co jest niesamowicie mdłą postacią. Podoba mi się za to kreacja pani Black. Wiemy, że jest oschła i zasadnicza, nieco staroświecka i niesamowicie konserwatywna. 
Z innej beczki - niestety zastosowałaś tani chwyt serialowy i urwałaś rozdział w połowie akcji. Choćbyś nie wiem jak chciała, nie pomoże Ci to w zgromadzeniu czytelników, którzy będą wchodzić na Twojego bloga w nadziei, że dowiedzą się kto przemówił do Evelyn. Nie łudźmy się; jeśli opowiadanie nie zaintryguje i nie zaciekawi ich na początku, dadzą sobie spokój już w połowie rozdziału i nawet nie zanotują faktu, że urwałaś akcję celem - jak mniemam - budowania napięcia.
Z rad na przyszłość - jeżeli w jednym rozdziale będziesz opisywać tylko jedno wydarzenie (w tym przypadku poznanie nowej okolicy, nowego domu oraz babci) i wstawiać tak dużo nieznaczących dla fabuły dialogów, to zrobisz z tego opowiadania monotonnego gniota.


Prolog - Rozdział I